Ze szpiczakiem w koronawirusowej rzeczywistości

Ze szpiczakiem w koronawirusowej rzeczywistości

Wiem, wiem. Długo się nie odzywałam, ale mam naprawdę dobre usprawiedliwienie. Na początku marca, zupełnie znienacka zaatakowała mnie sepsa. Potworne doświadczenie, którego nie życzyłabym nawet najgorszemu wrogowi. Zamiast jechać na zaplanowany wlew, karetką pojechałam na włodawski OIOM.

To oddział ratujący życie. Te wszelkie rurki, monitory, cewniki, respiratory i rozpaczliwa walka o oddech…okropne! Wiele momentów nie pamiętam, odpływałam raz za razem. Wyniki mówiące o zagrożeniu sepsą szybowały w górę w zastraszającym tempie. Rozebrano mnie do naga, by lekarze w każdej chwili mieli łatwy dostęp do ciała, kiedy trzeba byłoby ratować życie. Założono cewnik, dojście do żyły szyjnej, dojście do tętnicy w nadgarstku i dojście centralne w tętnicy udowej. Stopniowo zamieniałam się w maszynę, z której wystają różnokolorowe i różnokształtne przewody. Potrzebnych było wiele dojść, bo jednocześnie robiono mi kilka wlewów.. czego? nie potrafię powiedzieć. Na pewno wśród tych hektolitrów płynów były też antybiotyki.

Lekarz konsultował się na bieżąco z moim hematologiem, bo w końcu nie byłam typowym pacjentem, ale pacjentem onkologicznym. Na początku chciano się mnie pozbyć i karetką zawieźć do Lublina, ale Lublin nie wyraził na to zgodzi. Raz, że transport w moim stanie stanowił zagrożenie dla życia, dwa – istniało już zagrożenie koronawirusem, a nic innego, co otrzymywałam tutaj, nie mogli mi zaproponować.  Ból, jaki wiąże się z podłączaniem  przewodów był niczym w porównaniu z  bólem klatki piersiowej powodowanym niemożnością zaczerpnięcia powietrza. Dusiłam się, a panika w jaką wpadałam, potęgowała doznanie. Podłączono mi tlen, starałam się wyrównać oddech. Kojący głos lekarki skutecznie wyciszał emocje.

Nie wiem, jak przez to przeszłam

Starałam się przywoływać w pamięci relaksujący obraz dzieci, by uciec choć na moment od tej koszmarnej rzeczywistości, tysięczny chyba raz rozpoczynałam modlitwę i nigdy jej nie kończyłam. Gorączkowałam kilka dni. Inhalacje podrażniły mi błonę śluzową w jamie ustnej i w nosie, przez co zrobił mi się rozległy stan zapalny uniemożliwiający połykanie i mowę. Bolało jak diabli. Dopiero po kilku dniach mogłam samodzielnie usiąść na łóżku. Nie sądziłam, że człowiek może być tak osłabiony, że nawet ruch ręką stanowi trudność.

Opieka na tym oddziale była naprawdę rewelacyjna. Pielęgniarki są dosłownie cały czas przy pacjencie. Reagują na najmniejszy ruch. Lekarz robi wszystko, by ulżyć w cierpieniu. Odpowiadają cierpliwie na telefony rozpaczającej rodziny. Słyszałam głos pani doktor, która ze spokojem szczegółowo rano i wieczorem informowała  zdenerwowanego Grześka, który nie mógł spokojnie wytrzymać tego dobijającego stanu niepewności. Nie zbywała nikogo,  ale tłumaczyła, tłumaczyła, tłumaczyła… Może to specyfika oddziału, ale byłam i jestem pod wrażeniem pracy i zachowania personelu.

Niestety przeniesiono mnie na oddział wewnętrzny, bo musiałam zwolnić łóżko dla pacjenta w gorszym stanie (jak się dowiedziałam, nie przeżył). Tu było trochę inaczej, ale może dzięki temu szybciej zmobilizowałam się do wysiłku. W końcu mamy w sobie zakodowany mechanizm samouzdrawiania. Wszyscy byli pełni podziwu, że zdołałam z tego wyjść praktycznie bez szwanku. Ze szpitala wypisano mnie po dwóch tygodniach, bo szpital stanowi największe zagrożenie dla chorych. Odział nie mógł mi zapewnić izolatki. Dom to dom! Pełna izolacja, dbałość o higienę, no i ta budująca atmosfera. Nic nie zastąpi domu w powrocie do zdrowia. O zdrowiu nie będę się rozpisywać, bo nie wiem, co wyczynia szpiczak w moim organizmie.

Piekielny intruz

Kiedy wreszcie udało mi się wyjść ze szpitala, okazało się, że świat jest już zupełnie inny. W parkach, sklepach, na ulicach i często w domach rozpanoszył się koronawirus. Przejął władzę w sposób zupełnie niedemokratyczny i wprowadził rządy terroru, bazujące na strachu i niepewności. Pozamykał ludzi w domach i czeka tylko na nierozważnych.

Mam świadomość, że mój wycieńczony organizm nie ma najmniejszej szansy w starciu z tym wirusem, dlatego żyję w zupełnej izolacji od świata i ludzi. Domownicy dbają o wszystko i razem czekamy, aż ten koszmar się skończy. Zresztą jak wszyscy w Polsce i na świecie. Monika dba o higienę otoczenia. Kiedy rano się budzę, mieszkanie jest już odkurzone, umyte, zdezynfekowane, by nawet najmniejszy mikrob mający złe intencje nie pozostawał żywy. Ona też wzięła na siebie ciężar robienia zakupów.  Piwnica stała się miejscem kwarantanny. Tam pozostawiana jest wierzchnia odzież, tam też wyparzane są zakupy, by ewentualny wirus nie był wniesiony do domu. Ania i Rafał podsyłają mi zdjęcia i filmiki z maluszkami, które mogłabym oglądać tysiąc razy, a i tak nigdy mi się nie znudzą. To daje mi siłę. Jest też źródłem mojego niepokoju. Lęk o najbliższych jest udręką, której nie da się pozbyć. Wiedzą o tym wszyscy, którzy mają rodziny.

Szpiczak odszedł na dalszy plan. Wstrzymano wszelkie zabiegi na hematoonkologii, bo szpital nie jest wstanie zapewnić bezpieczeństwa chorym. Wszyscy, u których nie ma zagrożenia życia, czekają. Ja także.

2 Responses

  1. Ciągle wchodziłam i sprawdzałam, czy jest jakiś post i była cisza… tak czułam że coś się musiało wydarzyć. Moj tata tez ma szpiczaka tez walczymy a boimy się jeszcze bardziej… życzę Pani zdrowia więcej nic nie potrzebujemy w tej chwili….

    • Miałłam niestety nieprzyjemny czas, ale już jest dobrze. Mój syn twierdzi, że to był koronawirus. Objawy podobne, ale nikt się nie zaraził, więc to jednak sepsa po osłabieniu. Teraz we wtorek, jeśli wyniki badań na to pozwolą, wracam do chemioterapii. Będzie dobrze! Zdrowia życzę.

Leave a Reply