Ze szpitala: Atak na komórki macierzyste

Ze szpitala: Atak na komórki macierzyste

Dostałam telefon od konsultanta do spraw przeszczepów, by zgłosić się na oddział transplantologii na pobranie komórek macierzystych. Postanowiłam sobie, że dokładnie opiszę mój pobyt. Niechże będzie to informacja dla tych, których czeka pobieranie komórek macierzystych i są pełni obaw. Przyznaję się bez bicia, że ja bałam się bardzo, choć informacje, jakie udało mi się zebrać od chorych były raczej optymistyczne. Ostatecznie moja procedura poniosła fiasko. Szpik po badaniach klinicznych był zbyt zatruty, ale innym udaje się pobrać komórki macierzyste bez większego wysiłku. Nie piszę tego tekstu, by was straszyć. Mam pecha  – i już

1. dzień w szpitalu (środa)

W szpitalu pojawiłam się z samego rana. Jestem beksą, wiem o tym, dlatego chciałam mieć to już za sobą. Tym razem weszłam bez beczenia. Pokoik jak w hotelu. Dwuosobowy z łazienką, jasny, czyściutki. Czego chcieć więcej? Do pokoju wchodzi się przez śluzę (takie małe pomieszczenie z światłami do odkażania) W końcu cały ten oddział jest wyjątkowo sterylny. Leżą tu ludzie po przeszczepach z zerową odpornością. Zaraz zjawił się mój lekarz prowadzący (bardzo lubię mojego lekarza, choć miewa swoje humorki, zrzucam to na karb jego odpowiedzialnej i wcale niełatwej pracy). Po wypełnieniu rubryk z wywiadem, zebrał podpisy, zlecił badania i tym sposobem rozpoczął mój pobyt na tym oddziale. Prawdopodobnie trzytygodniowy. Pojawiła się też pani psycholog, której zadaniem jest rozładowywanie napięcia, rozwiewanie lęków, słowem stworzenie pozytywnego nastawienia do leczenia i choroby. Nie mogę stwierdzić jednoznacznie, czy w moim przypadku jej się to udało.

2. dzień (czwartek)

Noc przespałam całą. Rano rutynowe mierzenie temperatury, zbiórka moczu, pobranie krwi na biochemię. Dodatkową atrakcją były wymazy z nosa, gardła i… odbytu. – Jak mam to zrobić? – pytałam lekko zawstydzona. – Normalnie. Proszę wypiąć pupę. Śmiało – ponaglała. Codziennie ktoś się na mnie wypina – rzekła wyraźnie ubawiona. Mnie nie było do śmiechu. Rozmawiałam też z lekarzem. Ilość chemii, jaką przyjęłam w badaniach klinicznych równa się praktycznie przeszczepowi. Nie dopytywałam, co to dokładnie dla mnie znaczy. Przecież i tak przeszczep przede mną.

3. dzień (piątek)

Dziś nuda. Zabijam czas, czytając książkę i buszując po fejsie i instagramie. Nie włączam laptopa, bo większość czasu rozmawiam z towarzyszką niedoli. Dużo już o sobie wiemy. Po południu do mojego porta (podobojczykowe wejście do żyły głównej) podłączono wieloelektrolitowy płyn i sól fizjologiczną. Tyle jeśli chodzi o leczenie. Żałuję, że mój port nie jest niestety odpowiedni do późniejszego pobierania komórek i założą mi drugi, z większym ujściem czy dojście. Troszkę boję się tego. Wyciszam się, staram się myśleć pozytywnie. Ogólnie czuję się dobrze i gdyby nie fakt, że jestem uwięziona w szpitalu, byłoby jak na wczasach: posprzątane, podane na tacy, cisza i spokój.

4. dzień (sobota)

Rano podłączono mi „lekką” chemię (wolę nie myśleć, jak wygląda chemia ciężka). Ma ona oczyścić i przygotować szpik do późniejszego wyrzutu komórek macierzystych do krwi obwodowej. Jak pisałam lekka to ona była tylko z nazwy. Piekło mnie w nosie, oczach i uszach. Wyjątkowo nieprzyjemne odczucie. Pod kroplówką leżałam praktycznie do 22,00. Potem przyszły mdłości przez resztę nocy. Dostawałam dużo płynów i praktycznie cały dzień byłam podłączona do kroplówki. Włosy mi nie wypadły.

5. dzień (niedziela)

Wymiotuję od rana, a właściwie to mnie tylko szarpie. Leżę jak zdjęta skóra. Nie mam ochoty na nic. Nawet rozmawiał przez telefon nie jestem w stanie. Pod wieczór odpuściło. Mogłam przez szybę porozmawiać z rodzinką. Wymieniłam też ubrania, trzeba dbać o higienę.

6. dzień (poniedziałek)

Dziś odpoczynek. Dochodzę do normy. Biorę jakieś wzmacniające płyny, pewnie glukozę, sól fizjologiczną i elektrolity. Pojawiła się opryszczka na ustach, ale u mnie to normalne, gdy jestem osłabiona. Dostałam coś od wirusów. Personel przemiły. Dobra nasza!

7. dzień (wtorek)

Nie spałam tej nocy. Trochę mnie mdliło, ale to raczej nie przez to. Wyspałam się w dzień. Drugi raz takiego głupstwa nie zrobię. Nastrój taki sobie. Chyba zaczynam sobie uświadamiać fakt, że przeszczep jest nieuchronny, by jak najdłużej zachować status quo w tej chorobie. Trzeba przecież trochę pożyć bez chemii. A może byłabym tą szczęściarą, która ma długą remisję. Przeszczepu się boję. Widzę te snujące się z rzadka po korytarzu osoby bez włosów i w maseczkach. Czasem uśmiechają się z ulgą, w końcu mają już to za sobą. Teraz tylko muszą zdobyć odpowiednią formę i do domu. Nie wiem, ile tu spędzili? Miesiąc? 5 czy 6 tygodni? Wszystko zależy od powikłań i szybkości, z jaką szpik się regeneruje. Przez cały dzień przyjęłam chyba hektolitry płynów w kroplówkach.

8. dzień (środa)

Zaczynam drugi tydzień w szpitalu. Znów delikatne mdłości po kolejnej nieprzespanej nocy. Pociłam się jak najęta. Nie wiem, może to przez te upały za oknem, ale w sali jest klimatyzacja. Wieczorem dostałam wyczekiwany czynnik wzrostu, mała 250ml kroplówka. Rano powtórka.

9. dzień (czwartek)

Z samego rana, zgodnie z zaleceniem lekarza, kroplówka z czynnikiem wzrostu. Doktor uspokoił mnie, że mają sposoby na pobudzenie szpiku. Jeśli okazałoby się, że ten czynnik wzrostu nie zadziałał i nie ma wystarczającej ilości komórek macierzystych do pobrania, mają inny specyfik, dużo droższy, dlatego niestosowany powszechnie, ale tylko w sytuacjach trudnych. Mam zamiar zareagować za pierwszym razem!

10 – 13. dzień (piątek, sobota, niedziela, poniedziałek)

Rano i wieczorem dostaję czynnik wzrostu i ogromne, jak mi się zdaje, ilości różnych płynów. Cały czas wykorzystywany jest mój stały port, który założono mi jeszcze przed badaniami klinicznymi. Mam go pod skórą już od roku. Czuję zgrubienie po prawej stronie klatki piersiowej, pod obojczykiem. Dopiero teraz w pełni dostrzegam jego zalety. Żyły obwodowe nie są dręczone i narażane na pękania i zrosty. Niestety nie nadaje się on do poboru komórek i założone będę miała wkłucie centralne na udzie.

14. dzień (wtorek)

Nadal bez zmian. Dziś jednak mogę zobaczyć, jak wygląda pobieranie komórek. Podłączono do aparatury moją sąsiadkę z sali. Maszyneria jak z kosmosu: przewody i kable, szyby, okienka, woreczki z płynami, liczniki, koła… i ten dźwięk. Jak cicho działająca kosiarka do trawy. Nie wiem, kiedy będzie moja kolej, Nadal czekam. Pojawiają się bóle kości. U mnie nieznaczne, ale biorę metadon (w końcu silny środek przeciwbólowy). Inni podobno solidnie cierpię. To jedyny ból, który nas cieszy u pacjenta – powiedział doktor – oznacza, że szpik wyrzuca komórki macierzyste do krwi obwodowej. Trzeba się więc cieszyć, że boli!

15. dzień (środa)

Moja sąsiadka po pobraniu rewelacyjnie dużej ilości komórek macierzystych jutro idzie do domu. Szybko i sprawnie. Niektórzy maja szczęście. U mnie niestety pobyt w szpitalu znacznie się przedłuży. We krwi ciągle nie ma komórek. Przyklejone do szpiku nie zamierzają wskoczyć do krwi obwodowej. To skutek długiej chemioterapii. Boję się, by w ogóle udało się je pobrać. W literaturze zdarzają się takie przypadki. Wprawdzie nie widzę powodów, bym musiała zwiększyć ilość tychże, ale nie wiem, co los przyniesie. Kolejny wpis będzie dopiero w poniedziałek, bo wtedy coś może się zmienić. W niedzielę o północy dostanę zastrzyk, który ma odkleić moje nieśmiałe komórki i wyrzucić je do obwodu, by można mnie było podłączyć do aparatury. Teraz tylko cierpliwie czekać na poniedziałek. Ciekawe, czy mój pobyt w szpitalu zmieści się w trzech tygodniach.

22. dzień (czwartek)

Przez kolejne trzy noce dostawałam ten rewelacyjny specyfik. Nie zadziałał. Po dwóch próbach podłączenia mnie do aparatury – zrezygnowano. Zebrano tylko 0,1 miliona komórek, podczas gdy potrzebne minimum to 2 miliony. Ten „kroplę” lekarz polecił zamrozić – przyda się do wspomagania organizmu w przyszłości. Wracam do domu.

Leave a Reply