Zdalne życie

Zdalne życie

Nie pojechałam na konsultacje hematoonkologiczne. Skorzystałam z tak modnej ostatnio porady zdalnej. Zrobiłam badania morfologiczne i biochemiczne, i wysłałam wyniki mojemu doktorowi. Jako że były bardzo dobre, a do tego doszło też moje dobre samopoczucie, odpoczywam dalej aż do 20 maja. Cieszę się bardzo, bo ostatnio żyję, jakby szpiczak w ogóle mnie nie dotyczył.

Zauważyłam, że ta zdalność w kontaktach zaczyna dotyczyć coraz to innej dziedziny naszego życia. Ostatnio w radiu usłyszałam głos mojej ośmioletniej wnuczki, która udzielała wywiadu radiu BonTon. „Lubię zdalne nauczenie” – mówiła. „Nie muszę rano wstawać, ale jeszcze bardziej lubię chodzić do szkoły”. Ninka jest uczennicą drugiej klasy szkoły podstawowej i jak większość jej rówieśników uwielbia z nimi kontakt. To jest ten wabik, który powoduje, że dzieci nauczanie stacjonarne stawiają na pierwszym miejscu. Z przyjemnością słuchałam, jak płynnie argumentowała zalety „normalnej” szkoły. Szczerze współczuję dzieciom skazanym przez pandemię na siedzenie w domu, współczuję też rodzicom skazanym na godzenie pracy zawodowej z opieką nad dziećmi w wieku szkolnym. To nie jest łatwe. Ninka jest szczęściarą. Jest zdolna i świetnie sobie radzi bez pomocy rodziców. Czyta płynnie, zna tabliczkę mnożenia, lektury pochłania w jeden wieczór. Rozumie polecenia pisemne i te podawane ustnie. Złości się, gdy ktoś chce jej pomagać. Ale jak radzą sobie dzieci, dla których nauka jest torturą? Gdy analiza dłuższych tekstów jest trudnością, a matematyka jest jedną wielką niewiadomą? Pół biedy, gdy mają obok siebie chętnych do pomocy rodziców. Ale to przecież nie jest normą. Są dzieci pozostawione samym sobie. Do tego dochodzą jeszcze problemy z komputerem niezbędnym przecież w zdalnym nauczaniu. Mają przed sobą stracone dni, tygodnie i miesiące. Strata nie do odrobienia!

Ninka jest szczęściarą, szczęściarzami są jej rodzice, szczęśliwi są dziadkowie, bo przecież przejmujemy się wszystkim, co dotyczy naszych dzieci i wnuków. Mnie nawet szpiczak nie jest w stanie popsuć tego szczęścia. Dumą napawają mnie sportowe sukcesy pięcioletniego wnuka i sprawne wspinaczki po schodach ostatniej półtorarocznej pociechy. Jestem spełniona i spokojna, bo mam wokół siebie rodzinę, która jest dla siebie prawdziwym wsparciem. To, co zakłóca ten porządek rzeczy to nie jest moja choroba (ostatnio skutecznie okiełzana), ale lęk przed koronawirusem. Przerażają mnie dane. o zakażeniach i zgonach. Cierpię, słuchając o kolejnych ludzkich tragediach. Złoszczą nieudolne poczynania rządu i niekompetencja ludzi odpowiedzialnych za nasze bezpieczeństwo. Ich ignorancja, pazerność i zwyczajna głupota. Paraliżująca jest ta bezsilność, bo przecież nie mam wpływu na to, co się wyprawia w naszym kraju. Staram się nie włączać telewizora, unikam wiadomości, ale nie żyję przecież w próżni. Póki co czekam na jakąś zmianę. Przyjęliśmy z mężem pierwszą dawkę szczepionki, czekamy na drugą. Może to coś zmieni.

Leave a Reply