Zaśmiecony świat

Zaśmiecony świat

Korzystam z czasu, jaki został mi dany, dzięki bardzo dobrym wynikom morfologii i biochemii, no i oczywiście poziomu białka monoklonalnego. Nie myślę o chorobie. Wiem, że wcześniej czy później (oby jak najpóźniej) się o mnie upomni, bo lubi być w centrum zainteresowania. Ale póki co, ignoruję ją. Teraz zupełnie coś innego zakłóca mi spokój.

„ Co większe niż wesz, do domu bierz” – mawiała moja mama przesiąknięta przezornością i zapobiegliwością wyrobioną latami powojennego niedostatku. Nie sądziłam, że ta prawda (dosyć przewrotnie) będzie także elementem mojego życia. Dziś nic mi nie brakuje. Stać mnie na spokojne życie, bez lęku o jutro. Za to inna sprawa spędza mi sen z powiek. Wiosna odsłoniła wstydliwą prawdę, że żyjemy na jednym wielkim śmietniku. Boli mnie to okrutnie, bo niewiele ode mnie zależy. Zbieram te cywilizacyjne odrzuty i niosę do domu albo do najbliższego śmietnika. Zdaję sobie sprawę, jak to wygląda. Co widzą moi sąsiedzi i co o mnie myślą, gdy z każdego spaceru taszczę reklamówki plastiku, metalowych puszek, butelek i papierowych opakowań. Zbieranie śmieci to niestety ciągle temat wstydliwy i nie każdy schyli się, by podnieść je z ulicy, zabrać z parku czy lasu. Na szczęście przy zewnętrznych osiedlowych ulicach, gdzie prowadzi rowerowa ścieżka, postawiono publiczne kosze. Walnie przyczyniam się do ich napełnienia, wnosząc swój skromny wkład w ratowanie planety.

Jest jeszcze jedno powiedzenie: „Pokaż mi swoje śmieci, powiem ci, kim jesteś”. Doszłam do niepokojącego wniosku, że drastycznie wzrosło zapotrzebowanie na alkohol. I nie są to huczne imprezy w dużym gronie z przyjaciółmi i rodziną, ale cichaczem i po kryjomu wypijane piersiówki. Dawka alkoholu pochłaniana w biegu, która ma uśmierzyć niepokój, zabić strach czy dodać odwagi. Wszędzie (i to wcale nie w odludnych miejscach) walają się większe lub mniejsze buteleczki po wódce. Często pozostaje w nich jeszcze resztka trunku, który już nie zmieścił się amatorowi w ustach. Łyk drogocennego płynu przed pracą i po pracy, w czasie wolnym czy zajętym zdaje się być normą. Opróżniona buteleczka nagle staje się dowodem nałogu. W kieszeni ze wstydu wypaliłaby pewnie dziurę, więc pozbywają się jej w jak najszybszy sposób, rzucając za siebie czy pod nogi. Czyja ta buteleczka? Moja? Nie! Skąd! A ja, choć to także nie moja, biorę ją i zanoszę tam, gdzie od razu powinna być wrzucona, czyli do kosza. Nie mogę przejść obojętnie, nie mogę udawać, że jej tam nie ma. I nie jest to troska o winowajcę, ale troska o zaśmiecone otoczenie.

Chcę móc iść z psem na spacer bez ryzyka potknięcia się o czyjeś śmieci. Może jestem przewrażliwiona, może mam nierówno pod sufitem, ale mam do tego pełne prawo. Prawo do czystego chodnika, niezaśmieconego parku, prawo do swobodnego wypoczynku i czystego środowiska.

Leave a Reply