Zaczynam wierzyć w cuda

Zaczynam wierzyć w cuda

Nienawidzę szpitali, przychodni i wszelkich gabinetów medycznych. Nie lubię lekarzy, pielęgniarek i salowych. Nic do nich nie mam, nawet ich podziwiam, ale niestety kojarzą mi się z ciągłym strachem, bólem i walką o życie. Z tego samego powodu nie znoszę też wyjazdów do Lublina. Już w przeddzień wyjazdu myślę o tym i analizuję najczęściej czarne scenariusze. Niestety mam naturę pesymisty i dla mnie szklanka jest zawsze do połowy pusta. Jednak po dzisiejszym dniu skłonna jestem diametralnie zmienić moją opinię na ten temat. Wreszcie mam powód do radości! Ale po kolei.

Pasmo szosy uciekało spod kół samochodu wiozącego mnie na kolejną wizytę do hematoonkologa. Ileż to już takich wizyt mam za sobą? Nazbierało się tego przez cztery lata leczenia, czasem nawet dwa razy w tygodniu. Jadę z duszą na ramieniu. Tak łatwo przyzwyczaić się do dobrego. Mam w końcu za sobą kilka miesięcy bez chemii. Jaki to luksus, wiedzą tylko ci, którzy leczą się onkologicznie. Dziś miałoby się to skończyć. Mijają nas kolejne samochody jadące nie wiadomo dokąd i nie wiadomo po co? Kogo wiozą w swych mniej lub bardziej luksusowych wnętrzach? Zdrowych czy chorych? Smutnych czy wesołych? Rozluźnionych czy tak jak ja zestresowanych sytuacją, w jakiej się znaleźli? Jedno jest pewne, nie zamieniłabym się z nimi za żadne skarby. Mój los (przez szpiczaka) jest wprawdzie paskudny, ale przynajmniej znany, a przyszłość u wszystkich jednakowo obca. Stara prawda mówi, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, a jak znam siebie, to pewnie wyszłabym na tej zamianie, jak Zabłocki na mydle. Na podróż połknęłam Aviomarin. Od dziecka nie mogę jeździć samochodami. Już po paru kilometrach robi mi się niedobrze, stąd na wszelki wypadek biorę otumaniacz. Pomaga.

W szpitalu

Dziś termin płukania portu. Wprawdzie pielęgniarka sugerowała, że kolejne płukanie może być za dwa lub trzy miesiące, ale jej nie dowierzam. Profesor montujący mi to świństwo pod skórą mówił o czterech tygodniach i tego będę się trzymać. Niepotrzebne mi są dodatkowe atrakcje w postaci zakrzepów czy zatorów. Wolę na zimne dmuchać. Słońce podnosi temperaturę (a może to nerwy). Za szybą samochodu wiosna. Śnieg, topniejąc, uwalnia kolejne połacie ziemi. Jedynie w zacienionych miejscach zima stawia widoczny opór. Na ulicach miasta zwały brudnego śniegu leżące na poboczu, straszą swoim wyglądem.

W rejestracji poszło sprawnie. Wszędzie automaty podające numerki na tacy. Zajęłam kolejkę u lekarza i pędem na płukanie portu. Tu taśmowo, po pięć osób jednocześnie, igła, wkłucie, płyn spływający do żyły… Bez marudzenia, kap, kap, kap…

-Pani Barbaro, kamień spadł mi z serca. Zastanawiałem się, jakie procedury wdrażać u pani, a tu taka niespodzianka! – przywitał mnie mój lekarz. Co tak ucieszyło mojego doktora, a potem automatycznie i mnie? Otóż białko monoklonalne od ostatniego badania (czyli miesiąc temu) spadło. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, że mam przerwę w leczeniu. Nie biorę żadnej chemii. Nic. Tylko mój D-L Metadon i spacery z psem. Ostatnio też był spadek, nie liczyłam jednak na więcej. A tu taka niespodzianka! Pomyśleć, że w poprzedniej placówce chciano mi zafundować Pomalidomid. Byłabym niepotrzebnie truta. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, ale się dzieje i kwita. Szpik nabrał głęboki oddech i sam sobie radzi z plazmocytami. Nie będę mu przeszkadzać, niech działa! Mam dowód, że nigdy nie wolno wpadać w rozpacz. Nasz los w każdej chwili może całkowicie się zmienić. Jeszcze rano tkwiłam w przeświadczeniu, że koniec mojego spokojnego życia, a tu proszę, niespodzianka! Opatrzność zdecydowała inaczej. Wracam w skowronkach, szczęśliwa i nabuzowana pozytywnymi myślami i emocjami. Mam wiosnę w naturze i wiosnę w sercu. Chwilo trwaj!

Leave a Reply