Wnuki zmieniają wszystko

Byłam nauczycielka języka polskiego w gimnazjum. To absorbująca praca. Lubiłam ją, bo lubiłam kontakt z młodzieżą. Kiedy zachorowałam, uznałam, że nieuczciwie będzie pozostać w pracy i wprowadzać chaos w i tak przecież niełatwe życie uczniów. Częste zwolnienia lekarskie nie sprzyjają nauce. Rety, ględzę jak stary pedagog.
Inną sprawą było narażanie siebie na ciągły kontakt z wirusami i bakteriami. W końcu to duże skupisko osób. Przeszłam na świadczenie kompensacyjne (przedemerytalne). I nagle zyskałam dużo wolnego czasu! Jak się okazuje, trzeba bardzo uważać z marzeniami, bo mogą się spełnić. W moim przypadku los okazał się wyjątkowo złośliwy. Co mi po wolnym czasie, jeśli nie mogę go wykorzystać tak, jakbym chciała. Teraz przywykłam. Czas zaplanowałam i podporządkowałam własnym celom. Fakt. Każdy dzień jest do siebie podobny. Rano wyleguję się w łóżku. Słyszę, jak do wyjazdu do pracy przygotowuje się Miśka i Grzesiek. A ja nie muszę się zrywać! Ja nic nie muszę! Jeśli nie mogę spać, wstaję, by zrobić im kanapki do pracy (to noce po sterydach). Kiedy wszystko cichnie ( także warkot ich samochodów), drzemię, by zerwać się o ósmej na hałaśliwy sygnał alarmu włączonego w komórce. Muszę wziąć leki! Śniadanie, kawka, Instagram…czas płynie. Przygotowuję obiad, czasem coś uszyję, sprzątnę, zrobię powidła, ugotuję leczo do słoików, by mieć coś do jedzenia w lodówce, gdyby przyjechali goście. Porozmawiam z sąsiadką, pójdę do sklepu, zrobię coś na działce… słowem- taka sobie krzątanina.
Wszystko się zmienia, gdy przyjeżdża Ania z Tomkiem i wnukami
Moje kochane maleństwa! Wtedy życie płynie innym torem. Przestawiam się na inne czynności i inne doznania. Delektuję się gwarem, zabawą i śmiechem. Nie czuję bólu i mrowienia, nie wsłuchuję się w kołatania serca czy szumy w głowie, nie obserwuję kolejnych pieprzyków czy plam wątrobowych. Żyję normalnie, jakbym była zupełnie zdrowa. A kiedy wyjeżdżają (bo muszą wyjeżdżać do swoich prac i przedszkola), znów dzień staje się podobny do dnia.
Dzień za dniem
Milknie szum wody w łazience
Jęczy zamykana brama
Po ostatnim „Wychodzę!” cisza
Wsysana w eter kuchennego radia
Gdzie roztrząsane są egzystencjalne
Zupa? Ziemniaki? Kasza?
W pokoju postacie programów walczą o uwagę
Na szybko przełączanych kanałach
Dopiero w piątek zza węgła wykrzykuję
Nadniemeńskie „Dzieci przyjechały!”
Wtedy w lustrze zamiast moich
Odbijają się brązowe oczy wnuków
Nie ma już smutku tylko tęsknota
Gdy w niedzielę znikają za zakrętem ulicy
( B. F.)
Leave a Reply