W poszukiwaniu jemioły

Każdy dzień rozpoczynam od spaceru. Tośka nie popuści. Siada i patrzy w oczy tak błagalnym wzrokiem, że nie oparłby się temu nawet najtwardszy z twardzieli. Cóż więc ja, która serce oddała temu psiakowi już dawno. Tym razem postanowiłam wypatrzyć jemiołę. Czas bożonarodzeniowy tuż tuż. Nie należy marnować czasu, a więc i pustych przebiegów być nie powinno.
Śnieg niby jest, a tak naprawdę to go nie ma. Pola jeszcze białe, ale ulice oczyszczone z bieli świecą brudem wymieszanym z zalegającym błotem pośniegowym. Tośka radośnie wita tę raczkującą zimę, zostawiając za sobą maleńkie ślady. Widać na nich, że czas na obcinanie pazurów! Za ogrodzeniami kolejnych posesji szczekają psy. Jedne witają nas z błyskiem złośliwości czy wręcz wrogości w oczach i głosie, inne po przyjacielsku merdają ogonem. Tośka ochoczo wciąga się w tę psią zabawę i biega z nosem przy ziemi wzdłuż ogrodzenia, podczas gdy z jego drugiej strony to samo robi stróż posesji. Zabawa po przysłowiowe pachy zważywszy, że na kolejnej działce już czekają następni chętni do zabawy w ganianego. Mamy swojego faworyta. Wilczur czystej rasy zawsze nas wita w radosnym uniesieniu. Nagle… otwarta brama! No ładnie. Tylko brak mi pogryzienia. Ale o dziwo psy także zaskoczone tym bezpośrednim zetknięciem oko w oko, nos w nos… zatrzymały się i udając, że nic się nie zmieniło, pobiegły dalej. Odetchnęłam z wyraźną ulgą, One chyba także. Na śniegu kolejne ślady psich łap. Wielkie, więc i ich właściciel nie może należeć do ułomków. Na szczęście nie widać go w zasięgu wzroku, więc może ten ślad to pozostałość wczorajszego spaceru. Oby!
Kiedyś w czasie przejścia przez ogródki działkowe zaatakował nas taki duży pies. Strach pozostał, bo niewiele brakowało od nieszczęścia. Ogródki działkowe to wdzięczny teren do spacerów z psem. Niektóre jednak przylegają do posesji, a tam psy czują się panami ziemi. Tego ranka jeden z takich panów zerwał się z łańcucha lub uciekł z kojca i przeskoczył ogrodzenie. Nie reagował na nawoływania właścicielki, tylko od razu ruszył w naszą stronę. Rozpaczliwie usiłowałam ratować Tośkę, która była wyraźnym obiektem zainteresowania intruza. Krzyczałam i machałam rękami i na chwilę ściągnęłam na siebie uwagę agresora. Zjeżył sierść, wyszczerzył kły i zaczął mnie obwąchiwać. Zamarłam. Chyba przestałam oddychać. Ten moment wykorzystał mój mały przyjaciel i z podkulonym ogonem ruszył w stronę naszego domu. Ucieszyło mnie to, nie miała najmniejszej szansy, by przeżyć ewentualny atak. Właścicielka z trudem przeskoczyła przez siatkę, raniąc się w rękę i wołaniem bezskutecznie starała się przywołać swojego psa. Osiągnęła tylko tyle, że zostawił mnie przerażoną i ruszył za Tośką. My oczywiście za nimi. To byłoby nawet zabawne, gdyby nie było tak przerażające. Za zakrętem nie było już mojego psa, tylko ten potężny basior. Biegał, szukając zgubionego tropu. Nigdzie też nie leżała zagryziona sunia, więc może nie wszystko było stracone. Pies ruszył z powrotem na działki, a ja w stronę domu. Nie pomyliłam się. Tośka przestraszona stała przy bramce, czekając aż ją ktoś otworzy.
Tym razem nam się upiekło. Wiem, że pies nie był agresywny(mógł nas pogryźć wiele razy), ale raczej ciekawy nowości. Zawsze tak jest, gdy właściciele nie poświęcają czasu swoim zwierzętom. Odizolowane od ludzi dziczeją w tych małych kojcach, a nienauczone podstawowych reakcji, nie wiedzą, jak się zachować. Idziemy jeszcze trochę przejść się, by ochłonąć i odreagować tę stresującą sytuację. Tośka jakby zapomniała już o całym zajściu, popisuje się sarnimi skokami z dwóch łap. Zabawny widok. Po czym nurkuje w zasypaną śniegiem trawę, rozszyfrowując kolejny zapach. Mały detektyw szybko zostawia także swój ślad zapachu. Byłam tu!- informuje potencjalnego spacerowicza. Jemioły ani śladu. Najbliższe były kilka metrów nad ziemią. Nieosiągalne. No trudno. Obejdzie się bez całowania. W końcu bezpieczeństwo ponad wszystko. Kwarantanna obowiązuje.
Leave a Reply