Uczę się mimo wszystko cieszyć życiem!

Zdaję sobie sprawę z tego, że moje teksty przesycone są smutkiem. Dano mi to odczuć w komentarzach pod tekstem o pozytywnym myśleniu. Nie jest jednak tak, że żyję po to, by się umartwiać czy ciągle narzekać. Potrafię też cieszyć się życiem i dostrzegać jego jasne strony. Wiem też, że ciągle się powtarzam (zrzucam to na karb mojej sklerozy spowodowanej wiekiem i rozmiękczenia mózgu spowodowanego chemią), ale piszę o tym, co tu i teraz.
Rano cieszę się, że noc była spokojna, że moja choroba specjalnie mocno nie dała o sobie znać. Czasem za ścianą w sąsiednim pokoju słyszę przyciszone głosy moich wnucząt. Ćwierkają cicho, opowiadając Ani swoje ważne historie. Za chwilę jedno z nich wsuwa głowę do naszej sypialni, sprawdzając, czy ktoś jest w pokoju. To są szczęśliwe chwile, choć dozowane z umiarem, bo nie przyjeżdżają do nas zbyt często. Cieszy mnie każde spotkanie z maluchami, bo nie sposób się z nimi nudzić, a już na pewno myśleć o chorobie.
Cieszę się, że mogę odpoczywać na świeżym powietrzu
Działka wokół domu pełna jest zieleni. Świerki przez nas posadzone, dziś są ogromnymi drzewami sięgającymi ponad dach dwupiętrowego domu (a wydawałoby się, że jeszcze niedawno skakały przez nie nasze dzieci). Dziś w gałęziach drzew gniazda porobiły sobie ptaki. Ich śpiew zastępuje mi muzykę, gdy odpoczywam w ciągu dnia. Cieszę się, że wreszcie korzystają z poidełka, które zrobiłam im z kamionkowej podstawki na kwiaty i odwróconej do góry dnem doniczki. Podchodziły do tego wynalazku bardzo nieufnie, ale się przekonały. Cieszę się, że z jajka bocianiego ostatecznie nie wykluł się bocianek, (Miśka ogrzewała go lampą przez cały miesiąc, ale zrobił się z niego zbuk, czy bełtun, jak mówią na to w moich rodzinnych stronach). Co ja bym robiła z małym bocianem! Dużo radości daje mi obserwowanie poczynań małego ptaszka z rodziny wróblowatych (wyczytałam, że może to był Kopciuszek), który zrobił sobie gniazdko w ścianie domu sąsiadów. Wydziobał warstwę styropianu, tworząc tym samym niewielki otwór w tynku i intensywnie teraz dokarmia pisklęta. Rozczulający obrazek! Trawnik kusi zielenią, kwietniki rozweselają przestrzeń, a specjalnie zbudowane zadaszenie tworzy idealne miejsce do przyjmowania gości (niestety ostatni grill skończył się dla mnie solidną zgagą, bo nie mogłam oprzeć się obżarstwu). Nie lubię stąd wyjeżdżać. Już o tym pisałam!
Cieszą mnie kontakty z innymi
Bardzo wygodne są te internetowo – telefoniczne, bo nie muszę myśleć o tym, czy wyglądam korzystnie. A swoją drogą jaki malutki stał się ten świat. Jeszcze nie tak dawno o telefonie komórkowym nikt nawet nie myślał ( ba, nawet stacjonarny był w nielicznych domach lub urzędach). Teraz kontaktuję się z bliskimi kilka razy dziennie, nawet jeśli są w tej chwili za granicą. W dodatku mogę im patrzeć w oczy. Budujące są te wszelkie telefony, SMS-y, MMS-y, komentarze na blogu, Instagramie czy Facebooku.
Cieszę się, gdy wpada do mnie Jola (mieszka na tej samej ulicy, więc jest jej łatwiej). Nic jej nie może zgorszyć (myślę tu o moim wyglądzie). Nie komentuje moich sińców pod oczami, marszczącej się skóry czy seplenienia. Daje mi dawkę dobrej energii i pędzi dalej ogarniać swoje radości i troski…
Cieszę się, że mam obok siebie męża i, że przez 38 lat wspólnego życia nigdy mnie nie zawiódł. Nie każdy ma tyle szczęścia. Trochę „wyjaśniały” mu włosy, trochę się „powiększył”, więcej stęka i mocniej chrapie, ale jest mój i bardzo mnie wspiera!
Cieszy mnie to i jeszcze więcej
Cieszę się, że rozkwitły pelargonie (a kupiłam je naprawdę byle jakie), że dżdżownice hodowane przez Tomka (mojego zięcia, który jest zapalonym wędkarzem) w budynku gospodarczym, jedzą resztki i rosną. Kiedy wyjeżdża, czuję się w obowiązku dbać o nie (choć mówiąc szczerze te dziwne stworzenia doskonale sobie radzą beze mnie).
Cieszy mnie dobra słoneczna pogoda, choć chowam się przed słońcem i wyleguję w cieniu, by nie drażnić mojej nadwrażliwej skóry. Cieszy mnie deszcz, bo w tym roku potrzebny jest jak nigdy.
Cieszy mnie, że tylko czasem dopada mnie cień depresji, ale mija szybko, by nie zakłócać radości życia.
Poranne przekomarzania
Rankiem pojawiły się ptaki, wysłannicy niebios.
Wyrwały się z objęć nocy, by zwiastować dzień.
-Nie przegap- ćwierkały- momentu poruszenia koła życia.
Zbudź się. Już czas. Wszystko zaczyna się od nowa.
Jesteś ważną częścią całości, bez ciebie życie nie będzie miało sensu.
Leniwie otwieram oczy.
Poruszam głową, by zrzucić z twarzy łaskoczący promień słońca
przeciskający się przez niedomknięte wieczorem żaluzje.
Matka Boska lekko uśmiecha się do mnie z obrazu
mocniej niż zwykle przyciskając do piersi Dzieciątko.
Blizny na jej prawym policzku połyskują w słońcu.
Miałaś dobrą noc?- pytają jej oczy, choć wie o tym doskonale,
bo czuwa nade mną cały czas.
Takie poranne przekomarzania.
( B.F.)
Kocham Cie Mami :-* oczywiscie wzruszylam sie, mam to po Tobie 🙂
Moja Siostro, wiedziałam, że drzemie w Tobie poezja. myślę, że to dobry wiersz. Mocny. Zobacz jakie przestrzenie uruchamia cierpienie. I jak przewartościowuje piętra naszej wrażliwości. Trzymka. Ulka
To te nieprzespane noce…