Terapia bez Bortezomibu

Hura! Ósmy cykl terapii za mną. Teraz wyjazdy tylko raz w miesiącu. Odpadnie też zastrzyk Bortezomibu. To prawdziwa ulga dla organizmu. Koniec z paskudną chemią.

Scenariusz zawsze jest taki sam. Z samego rana pobudka i jazda do Lublina. W drodze lekka drzemka, przez co czas umyka niezauważalnie. Na izbie przyjęć dezynfekcja i pomiar temperatury. Na korytarzu jeszcze pustki i tylko odgłosy kroków przybywających lekarzy. Echo drewniaków odbija się od ścian. – Jak samopoczucie? – W porządku. Ciśnienie, puls, waga ciała, wzrost… Wreszcie telefon do apteki i oczekiwanie na zastrzyk. Rutyna. Obok w sali, gdzie zazwyczaj odbywają się kwalifikacje do transplantacji, zebranie lekarzy. Wymieniają doświadczenia, uwagi. Słychać ich głosy, bo odległość niewielka. Moja kolejna wizyta w tym miejscu dopiero dziewiątego czerwca. Prawie miesiąc spokoju. Co za ulga! W dodatku dostanę tylko wlew Daratumumabu. Tylko albo aż.

Moje skarby

Rafał z Natalią przyjechali do nas z córcią. Bywali z malutką już wcześniej, ale zawsze mieliśmy na twarzach maseczki albo rozmawialiśmy przez szybę na balkonie. Tym razem postanowiliśmy zaryzykować. Poszłam z kruszynką na spacer, nosiłam ją na rękach, usypiałam. W piątek po raz pierwszy od paniki z koronawirusem przyjechał Lublin. Czekałam na nich od świtu. W dodatku w nocy z emocji nie mogłam spać. W telewizji ciągle powtarzają, że dzieci stanowią pewne ryzyko zakażenia, ale nie dopuszczam do siebie tej myśli. Wszyscy prowadzimy bezpieczny tryb życia. Dzieci są cały czas w domu, nie chodzą do szkoły i do przedszkola, rodzice odizolowali je od świata. Wszyscy przestrzegamy zasad higieny, używamy maseczek i rękawiczek, więc musi być dobrze. Rety, jak się za nimi stęskniłam! Maluszki chyba urosły, nawet rozmowa z nimi była bardziej poważna. Chodziliśmy na spacery, piekliśmy kiełbaski, rozłożyliśmy trampolinę. Nawet wspólne lepienie pierogów było niezapomnianym wyczynem. Słowem, same pozytywne emocje.

Moje biedne miasto

Włodawa przestała być Zieloną Wyspą, jeśli chodzi o przypadki koronawirusa. To było do przewidzenia, bo pogoda przyciągnęła nad Jezioro Białe wielu turystów. Szybko zapomnieli o zasadach, udając, że można żyć jak przed pandemią. Nikt nie przestrzegał nakazu chodzenia w maseczkach czy zachowania odległości. Jakaś trzyosobowa rodzina wynajęła domek, by tu spędzić okres przymusowej kwarantanny. Też pomysł! Szybko okazało się, że takich przypadków było aż pięć. Pięć osób spowodowało, że statystyki już nie ujmują naszego miasta, jako wolnego od wirusa. Później pojawiły się dwie kolejne. Szkoda. Przestałam już liczyć. Oczywiście nie mam do nikogo pretensji. To wolny kraj. Każdy ma prawo do własnych decyzji i nie muszą się one wszystkim podobać. Ale nad jezioro na pewno nie pojadę i zabronię tego każdemu, na kogo będę miała wpływ. To zawsze będzie ryzykowne, a wszystko (czyli sezon letni) dopiero przed nami.

***

Przerywany oddech

Zmiata pył z białej poduszki

Rzęsy zamykają sen pod powiekami

Kraty izolatki

Jawa dobija się do wrót

Wie że przegrywa

Jeszcze chwila

Jeszcze cisza króluje w pokojach domu

Nie wolno drażnić ciszy

Śpij

Nie wszyscy lubią świt

(B.F.)

 

Leave a Reply