Szpital – mój drugi dom

Szpital – mój drugi dom

Samodzielny Publiczny Szpital Kliniczny nr 1 w Lublinie, a dokładniej Klinika Hematoonkologii i Transplantacji Szpiku od ponad roku stał się dla mnie drugim domem. Cieszę się, że z moją chorobą trafiłam właśnie tam. Warunki lokalowe są fatalne. Ciasne, wąskie korytarze, małe gabinety lekarskie… ale ludzie tam pracujący mają poczucie misji. Szpital dzieli się na piętra.

Minus jeden to pobyty jednodniowe

Tu po rozpoznaniu choroby ludzie przychodzą czy przyjeżdżają na zastrzyki i wlewy przepisanego leku. Pracują tu młodzi lekarze rezydenci. Świeżo po studiach, ciągle się uczący, pełni empatii i zrozumienia. Pamiętają, że czas poświęcony pacjentowi jest na miarę złota. Wsłuchują się w skargi i biadolenie, cierpliwie patrzą w oczy, spełniają prośby i tworzą wrażenie, że jesteś dla nich ważna. Dają ci prawdziwe poczucie bezpieczeństwa. Czas płynie tu wolno, bo długo oczekiwać trzeba na swoje lekarstwo robione w przyszpitalnej aptece. Każdy ma indywidualna dawkę zależną od choroby, wieku, wagi czy kondycji organizmu. Tu łatwo o zawiązywanie znajomości. Choroba zbliża ludzi, a czasu jest co niemiara.

Parter i pierwsze piętro to sale szpitalne

Tu leżą chorzy wymagający leczenia stacjonarnego. Tu leżałam tydzień, gdy robiono mi badania i ostateczne odkryto we mnie intruza! Lekarze to doświadczeni specjaliści, zabiegani fachowcy z dużą wiedzą …i małą ilością wolnego czasu. Źle wspominam ten pobyt, bo szok, w jaki wprowadziła mnie wiadomość o śmiertelnej chorobie był tak wielki, że niewiele rozumiałam z tego, co do mnie mówią. Fachowość terminologii jedynie pogłębiała moje zagubienie. Najlepsze było spotkanie z psychologiem ( szpital zapewnia to każdemu), a ja musiałam wyglądać nietęgo, skoro przysłali do mnie specjalistę. Miałam psychologię na studiach i doskonale znałam mechanizm postępowania z pacjentem. To spotkanie wcale mi nie pomagało. Czekałam tylko, aż pani ( przemiła skądinąd, bardzo profesjonalna i zaangażowana w sprawę) wreszcie sobie pójdzie! Tak naprawdę taką wiadomość trzeba samemu przetrawić. To nie psycholog, a lekarz z drugiego piętra, o którym już wcześniej pisałam, potrafił mnie wyciszyć i uspokoić.

Drugie piętro to przeszczepy i sale chorych po przeszczepach

To tu przyjeżdżam na konsultacje, bo mój prowadzący lekarz po dyżurze ma dla mnie trochę wolnego czasu. Odkąd zgodziłam się na badania kliniczne (wierzę, że są one dla mnie wielką szansą), jestem pod specjalną opieką. Mam przydzielone do opieki dwie pielęgniarki, no i mogę w każdej chwili konsultować się z doktorem przez telefon.

Dobrze jest!

Leave a Reply