Nowy rok, nowy szpiczakowy atak

Niestety szpiczak znów zaatakował. To było do przewidzenia. Zdawałam sobie sprawę z tego, że wcześniej czy później to nastąpi. I nastąpiło. Od półtora roku nie przyjmowałam żadnych lekarstw, delektując się wolnością. Niestety nadszedł czas, by moja beztroska odeszła do lamusa. Ale po kolei.
Obudziłam się z nieprzyjemnym uczuciem lęku. No tak. Dziś wizyta u onkologa. Moje jelita coś ściskało w żelaznym uchwycie, wykręcając je dodatkowo dla sadystycznej atrakcji. Nerwy. Zawsze tak jest, gdy jadę po wyrok. Gdzieś w głębi świadomości tliła się nadzieja, że i tym razem będzie odroczony. Tylko chorzy wiedzą o czym piszę. Nigdy się nie przyzwyczaję do tych skrajnych, zupełnie niepotrzebnych emocji.
W szpitalu zamaskowany świat. Anonimowe twarze schowane za maseczkami. Nie pogadasz. Wirus skutecznie wyeliminował potrzeby interpersonalne. Nigdy nie wiadomo, czy sąsiad nie rozsiewa zarazków. Po co ryzykować. Nawet obserwacja ludzi już nie bawi. Miejsca siedzące na ustawionych wzdłuż ścian korytarza krzeseł, zajęte. Dystans nie jest zachowywany, bo nikt nie chce stać, czekając na początek przyjęć. Tu nie obowiązują wyznaczone godziny. Każdy zajmuje swoje miejsce w kolejce z chwilą przyjścia pod drzwi gabinetu. Archaiczny zwyczaj, dający lekarzowi możliwość spóźnienia. No i spóźnia się zgodnie z przewidywaniami. Wlecze się też czas. Jak zwykle, gdy na coś czekamy. Jedni próbują coś czytać, ale nerwy nie pozwalają na skupienie. Z westchnieniem odkładają gazety, zerkając nerwowo na zegarek. Już powinien być. Powinien…
Setny chyba raz zmieniam nogę na nodze. Poruszam mrowiejącymi palcami stóp. Pozostałość po chemioterapiach. Każdy głośniejszy incydent (jak choćby upadek opartej o krzesło kuli) natychmiast przyciąga wzrok siedzących. Ktoś próbuje spacerować wzdłuż korytarza, ale to poroniony pomysł. Omija wyprostowane nogi ludzi, schodzi z drogi sprzątaczkom i pielęgniarzom wykonującym swoje codzienne obowiązki. Tworzy się niewielka kolejka do łazienki. Znów te nerwy! Popijam wodę z butelki. Gazowana!!! Jeszcze i to. Odprowadzam wzrokiem zgrabną pielęgniarkę w błękitnym uniformie. Stukot jej drewniaków odbija się echem od ścian i sufitu. Niecierpliwość rośnie. Złość też. Wreszcie nagłe poruszenie na końcu korytarza. Jest lekarz!
Piętnaście minut później żałuję, że przyszedł. Dowiaduję się, że półtoraroczna przerwa w leczeniu właśnie dobiegła końca. Białko monoklonalne z 1,3 wzrosło do 1,8. To czas, by zacząć planować dalsze leczenie. Trzeba gada stłamsić, by nie rozlał się po całym organizmie. Dobre wyniki krwi świadczą o tym, że ilość plazmocytów w szpiku nie jest zatrważająca, bo szpik świetnie sobie radzi z obowiązkami, ale zagrożenie istnieje. Teraz za miesiąc muszę potwierdzić poziom białka i wtedy zdecydujemy, co dalej. Marzy mi się CART-T, ale nie jest póki co dostępne. Może pod koniec roku. Zobaczymy.
I jak Kochana sytuacja?
Mocno mocno pozdrawiam i masz moją modlitwę!
Dziękuję za modlitwę. Na razie jest dobrze. Po wzroście chwilowym białko stanęło. Nadal mam przerwę w leczeniu.
Jest rewelacyjnie. Na razie nie biorę chemii i czuję sie dobrze. białko spada! sama radość.
To cudowne wieści! Mam nadzieję, że będzie spadać albo stać w miejscu! Samych cudowności! My jesteśmy po tandemie 3 tygodnie więc zobaczymy co przyniesie czas..ściskam!