Sześć miesięcy trucia i żadnych efektów leczenia

Wyniki moich badań nie napawają optymizmem. Sześć miesięcy trucia i żadnych efektów leczenia. Mój organizm chyba się zbuntował!
Dziś byłam na konsultacjach. Białko z 1,85 spadło do 1,6…. ( nie znam dokładnych wyników, bo mój pan doktor nie spełnił mojej prośby). Całe nic. Trzeba zmienić leki, ale procedury na to nie pozwalają, bo moje białko monoklonalne powinno podnieść się o 0,50- paranoja!! Na razie mam miesiąc wolnego. Odstawiam wszystkie leki. Poeksperymentuję z curcuminą ( nowy wynalazek Ani). Sprawdzę, czy działa. Jakoś nie martwi mnie ta sytuacja. Będzie, co będzie! Neuropatia rozszerza się na kolejne partie ciała. Gorzej widzę i daleko mi do formy sprzed kuracji. Dostaję cholery i piegów.
Dojrzałam do tego, by pogodzić się z faktem, że sobie nie radzę z emocjami. Potrzebny jest mi terapeuta! Albo…blog. Może kiedy przeleję wszystko na papier, będzie mi łatwiej. I tak zawracam głowę moim bliskim. Grzesiek ma świętą cierpliwość do moich ciągłych jęków.
W listopadzie szala doznań się przebrała! Cmentarz, groby, zmarli… jesienna zaduma…. Jak tu myśleć o życiu, kiedy za plecami czyha śmierć. Wszyscy mówią, że nowotwór to nie wyrok śmierci. Dobre sobie! A co? Szansa na świetlaną przyszłość? Bóg w swej łaskawości obdarował mnie szpiczakiem. Może bym stała się lepsza!? Kiedy tak użalałam się nad swoim losem, wątpiąc w dobroć Stwórcy, Ela ( moja przyjaciółka z pracy) stwierdziła, że mam bardzo dużo szczęścia, bo dostałam chorobę, z którą można długo żyć. Że nie jest to wiadomość o kilku tygodniach czy miesiącach życia. Może i tak, ale i tak nie jest mi lekko. Wolałabym być zdrowa ( no i oczywiście piękna i bogata).
Lekarz też człowiek, ale…
Byłam u lekarza rodzinnego po receptę na kwas zolendronowy. Były jakieś techniczne problemy z wypisaniem recepty. Będzie na jutro. Moja pani doktor jest w porządku, ale brak mi z jej strony choć odrobiny empatii. Mogłaby czasem powiedzieć kilka słów otuchy, że to choroba prawie przewlekła, że ludzie z nią żyją… i takie tam bajki. Niby niewiele, a podnosi na duchu. Ale nie! Lekarze teraz nie patrzą na pacjenta, tylko w ekran komputera. Jestem tylko punktem w bazie danych, a tak bardzo chciałoby się normalnego ludzkiego kontaktu. Niewymuszonej rozmowy, odrobiny współczucia i przekonania, że wszystko będzie dobrze. Mogliby nawet poudawać, tak dla dobra pacjenta. Na filmach to tak ładnie wygląda!
Dziś trzeci dzień odtrucia, czyli nie biorę tabletek po trzech tygodniach ich połykania. To paskudny czas. Jestem jak naćpana ( tak myślę, choć nie znam tego stanu- nigdy nie ćpałam). Kręci mi się w głowie, jestem odrętwiała i brak mi ostrości widzenia. Mrowieją mi stopy i ręce. Język staje kołkiem. Przekichane!!! W czasie kolacji ugryzłam się w język, bo nie zdążyłam go zabrać.
Zaczęłam odchudzanie!
Te przeklęte sterydy powodują, że mam wilczy apetyt i waga rośnie. Przypomina mi się fragment wywiadu z księdzem Kaczkowskim, który pisał, że przez sterydy przytył do 120 kg. Jak tak dalej pójdzie, ja też będę jak słoń. O tym, że mam problem, sama wiedziałam, bo nie mieszczę się już w stare ubrania. Przyznaję, bagatelizowałam to. Dopiero na urodzinach u Roberta Kasia ( nie dbając o poprawność polityczną) przyznała wprost, że się poprawiłam ( chyba widząc, jak na głodzie sterydowym pochłaniam kolejne danie). Poskutkowało! Odstawiłam chleb ( nie będę już go piekła), słodycze i cukier pod każda postacią. Dozuję porcje, liczę kalorię, jem więcej warzyw. Jeżdżę systematycznie na rowerku stacjonarnym. Mam niezłą kondycję. 5 km jadę bez zadyszki! Wieczorem Grzesiek przywiózł od Ulki dwa opakowania kiełków. Zjedliśmy trochę na kolację ( ja zdecydowanie więcej, bo nie jem wędlin). O drugiej w nocy kiełki postanowiły ruszyć dalej( widocznie nie spodobało im się to, co zobaczyły wewnątrz mnie). Już nie udało mi się zasnąć, zupełnie wybiłam się ze snu. Pomógł proszek na sen ( a właściwie jego połowa) i jakoś dobrnęłam do rana ( zasnęłam jak niemowlę).
Odkrywam w sobie spore pokłady egoizmu i złośliwości
Może to zazdrość i tęsknota za życiem, którego już nie ma i nie będzie( myślę tu o jego jakości). Jeszcze nie odkryłam innych jego walorów, a właściwie to, co odkrywam, nie bardzo mi się podoba. Ograniczenia chorobą są nie do przeskoczenia, a tak bardzo chciałoby się żyć normalnie!
Po południu znów czeka mnie jeszcze na SOR wlew kwasu do żyły. Uszczelnia mi kości, by komórki szpiczaka nie zasiedlały ich zbyt szybko. Hematolog twierdzi, że są na szczęście dosyć leniwe. Kości na razie mam całe i niech tak zostanie. Amen!
Leave a Reply