Studenci….nadzieja medycyny

Studenci….nadzieja medycyny

Szpital to tętniący życiem studencki tygiel narodowościowy. Na tych ciasnych korytarzach snują się grupy studentów z różnych krajów, bo w ich rozkład zajęć wpisane są zapewne praktyki w szpitalu. Z przyjemnością słyszę język angielski (sama niestety nie znam), który łączy młodzież z Europy i Azji. Młode lekarki bez trudu po angielsku instruują i tłumaczą zawiłości pracy lekarza. Uczą pobierania krwi, zasad jej zabezpieczania czy prowadzenie dokumentacji. Świat staje się coraz mniejszy.

Miałam szczęście do studentów. Jako pierwsza (jeszcze w trakcie stawiania diagnozy) poprosiła mnie o wywiad przyszła pani psycholog. Koniecznie chciała sprawdzić, jak stres działa na jasność umysłu. Dobre sobie! Czekałam na wyrok! W głowie mi huczało, brakowało mi śliny, serce biło jak szalone, w głowie pulsowało, a kazano mi robić testy na inteligencję, pamięć i spostrzegawczość. A ja nie mogłam sobie nijak przypomnieć wyrazów na literę „r”, które pani skrupulatnie przeliczała, a już powtórzenie opowiadanej historii z zachowaniem chronologii wydarzeń, podczas równoległego rozwiązywania zadań było nie do wykonania. Mimo szczerych chęci nie byłam w stanie wykrzesać z siebie czegoś konkretnego. Myślałam tylko o tym, że mam raka. O tak, byłam namacalnym dowodem na to, że stres pozbawia człowieka jasności myślenia.

Nie śmiałam odmówić

Innym razem poproszono mnie, bym spotkała się z grupą studentów i opowiedziała im o swojej chorobie. Nie miałam najmniejszej ochoty na ten medyczny ekshibicjonizm, ale nie mogłam przecież odmówić lekarzowi, który pomógł mi przeżyć mój pierwszy pobyt w szpitalu. Czułam się jak na przesłuchaniu: Jak dowiedziałam się o mojej chorobie? Jakie były jej symptomy? Od kiedy wiem? Co mnie boli? Jakie mam wyniki krwi? Kto mi pomógł, słowem: jak, gdzie, kiedy, po co, na co i dlaczego? Byli bardziej stremowani ode mnie. Pewnie obecność lekarza prowadzącego miała na to swój wpływ. Na koniec kazałam im dobrze się uczyć, bo zamierzam długo żyć, a w końcu to oni będą mnie leczyć. Nie chciałam mieć w przyszłości do czynienia z konowałami, ale ze specjalistami z krwi i kości,

Może to ma sens

Kolejna studentka wzięła ode mnie dodatkową porcję szpiku z kości miednicy na badania naukowe (pisałam już o tym), a trójka studentów stomatologii rwała mi z zapałem moje biedne zęby. Wygląda na to, że ta moja choroba czemuś służy. Gdzieś przecież ci młodzi ludzie muszą zdobywać zawodowe doświadczenie. Kto wie, może dzięki mnie wyrośnie jakiś genialny lekarz czyniący cuda w swoim fachu. To byłoby coś!

Leave a Reply