Śmieci w koszu, nie w lesie

Śmieci w koszu, nie w lesie

Człowiek to jednak pokrętna, paskudna istota. Ileż dobra mógłby uczynić, gdyby chciał. Tylko bowiem jemu Stwórca dał rozum i uznał niemal równemu sobie. Mając takie możliwości, już nie tylko można, ale trzeba działać! A on co? On nic! Zawodzi na całej linii. Zamiast budować, tworzyć, udowadniać swą mądrość i wielkość, niszczy i krzywdzi.

Piszę to prawdziwie rozemocjonowana, temat bowiem jest gorący. Myślę o dzikich wysypiskach śmieci, mnożących się nieustannie jak grzyby po deszczu. O co w tym wszystkim chodzi? Nie pojmuję! Każdy przecież podpisuje umowę związaną z segregacją śmieci, musi to robić pod groźbą kary, a mimo to woli wywozić śmieci do lasu i na łąki. Jak już wcześniej pisałam, codziennie chodzę na spacer z psem. Taka trochę wymuszona przyjemność, świetnie wpływająca na kondycję organizmu. Warunki ku temu mam idealne. Te rejony bogate są w trasy rowerowe, łąki, lasy, rzeki i jeziora. Tylko korzystać! Malownicze wschodnie tereny Polski mogą miejscami zauroczyć. Mamy tu własny Akerman, ocean nadbużańskich traw falujących w rytm Mickiewiczowskich sonetów. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie stosy papieru, folii, butelek, walających się w tych poetyckich szuwarach. Także wysoko na gałęziach drzew, między skupiskami jemioły na strzelistych topolach, zobaczyć możemy foliowe reklamówki dźwięcznie szeleszczące na wietrze. Nawet L.Staff nic tu nie pomoże. Cóż mi po jego zachwycie nad wysokimi drzewami, kiedy nie „…zmierzch ciemności smukłe korony odziewa…”, a kurz z cementu właśnie przywiezionego do parku. Złości mnie moja bezradność. Nic nie mogę z tym zrobić, a każdy kolejny spacer to dodatkowy stres. Dobrze, że choć nóg sobie szkłem nie kaleczę.

Ostatnio na szczęście zaliczyłam mały sukces. Otóż przy drodze spacerowej w dosyć ustronnym miejscu natknęłam się na nowe wysypisko; resztki po remoncie mieszkania, pełne reklamówki butelek i słoików. Zamurowało mnie, wczoraj tego świństwa nie było. Rzuciłam się z pazurami na te śmieci w nadziei, że wpadną mi w ręce jakieś rachunki z nazwiskiem winowajcy. Dosyć daleko przede mną na tej drodze stał ciemny samochód, którego kierowca, jak mi się zdawało, wysypywał na drogę resztki gruzu, wapna czy zaprawy. Był zbyt daleko, bym mogła zobaczyć dokładnie, a przyznam, że bałam się sprawdzić. Licho wie, kto to taki i co zrobi, gdy poczuje się zagrożony. Mój pies raczej na obrońcę zupełnie się nie nadawał. Jak można było podejrzewać, żadnych rachunków nie znalazłam i jak zbity pies, psiocząc i pomstując wróciłam do domu. Dopiero na drugi dzień przekonałam się, że moja reakcja chyba przestraszyła tego człowieka. Może uznał, że znalazłam dowody jego winy, bo zabrał ze sobą cały ten śmietnik. Być może stwierdził, że zbyt ryzykowne jest zostawić jak na tacy dowody swojej winy w lesie. Ależ się ucieszyłam! Satysfakcja wyjątkowa.

To oczywiście nie likwiduje problemu. Wysypiska powstawały i będą powstawać, bo nasza świadomość ekologiczna, mówiąc szczerze, jest żadna. Nikt nie znalazł jak dotąd rozwiązania tego problemu, a szkoda! Przyjemniej jest przecież brodzić w szeleszczącej trawie niż po kolana w brudnym plastiku. Czego sobie i wszystkim życzę.

Leave a Reply