Przyjemnie jest świętować

Od kiedy dzieci pożeniły się i powychodziły za mąż, zapragnęłam być babcią. Opowieści Joli, która już osiągnęła ten cel, pobudzały wyobraźnię. Jeszcze nie do końca jej wierzyłam.
Ta jej granicząca z fanatyzmem opowieść o tych cudownych emocjach i doznaniach, których nie można porównać z miłością do własnych dzieci jakoś nie mieściła mi się w głowie. Czas płynął, dzieci gorzej czy lepiej urządzały się w swoich związkach, a wnuków ani widu, ani słychu.
To frustrująca sytuacja
Czuliśmy się z mężem (delikatnie rzecz ujmując) rozczarowani. I wreszcie są! A opowiadania mojej przyjaciółki sprawdziły się w stu procentach. Tego rzeczywiście nie da się porównać z miłością do dzieci. Miłością ściśle wiążącą się z odpowiedzialnością, pracą, która zapewnić musiała wszelkie potrzeby rodziny, ciągły brak czasu, bo jeszcze obowiązki wobec swoich rodziców, itd, itp.
Jeśli mówimy o wnukach to ja zwariowałam! Kocham je bezwarunkowo, bezgranicznie i jeśli istnieje jeszcze jakieś „bez” to także pasuje do moich uczuć. I kiedy zaczynałam już w tej euforii prawie unosić się w powietrzu, pojawił się szpiczak. Podciął skrzydła, utrudnił, ale na szczęście nie zmienił uczuć do wnuków. Co tu dużo mówić, nic ani nikt nie jest tego w stanie zmienić. A że utrudnił kontakty, to fakt. Ciągle muszę się liczyć z zagrożeniem infekcją. Dzieci podobno noszą na swoich ciałkach i ubrankach najwięcej bakterii i wirusów. Ile w tym prawdy, nie wiem, ale lekarz bezustannie ostrzega mnie przed tym zagrożeniem. Faktem jest, że nigdy mnie jeszcze niczym nie zaraziły, choć same często kichały przy mnie i prychały.
Najgorsze są dwa tygodnie po wlewie ( przypominam, że teraz wlew mam raz na miesiąc). Wtedy morfologia leci na łeb na szyję, a odporność maleje. Znów biadolę! Wyłazi ze mnie ta pesymistyczna natura człowieka, dla którego szklanka do połowy zawsze jest pusta. To tak jakbym lubowała się w wiecznym czarnowidztwie. Pracuję nad tym, pracuję…
W Dniu Babci i Dziadka
21.01.2019r. w godzinach popołudniowych telefon:
– Cześć babciu! – usłyszałam delikatny głosik mojego trzyletniego cudownego mężczyzny – Wiesz, jak jechaliśmy z przedszkola, usłyszałem w radiu, że dzisiaj jest Dzień Babci. Życzę ci zdrowia… zaczął poważnym, dobrze rozbudowanym wstępem. Oczywiście musiałam mu przerywać zachwytami, ochami i ojejkami, bo jak to u babci serce przyspieszyło, radość wyłaziła oczami i uszami, bo nic tak nie zachwyca, jak głos własnego wnuka w słuchawce telefonu.Jak mogłabym ci się odwdzięczyć za te piękne życzenia? – zapytałam na koniec.
– No ( myślał tak intensywnie, że niemal słyszałam trzaski na złączach neuronowych)……. oczywiście całuskiem.
– Przesyłam najsłodszy, jaki mam…zaświergotałam i rozcmokałam się z entuzjazmem do ucha Olinkowi.
– No ….kontynuował…..i plezent- zaseplenił najmilej, ze szczerością dziecięcego serduszka.
Rozłożył mnie tym stwierdzeniem na łopatki i tylko późna pora nie pozwoliła mi na to, by pędzić natychmiast do sklepu z zabawkami. Życzenia składał także w imieniu siostrzyczki, która zaraz po przedszkolu popędziła na język angielski, a potem na gimnastykę. Przyznać muszę, że czas mają bardzo dobrze zagospodarowany. Co to będzie za parę lat już w szkole, skoro dziś w przedszkolu mają już zajęcia pozalekcyjne?
Na drugi dzień swoją pulę życzeń odebrał dziadek. Tym razem był chór życzeń i prośba o same całuski. Widocznie Ninka, starsza o 3 latka od swojego braciszka, już wiedziała, że w takich sytuacjach nie wypada oczekiwać prezentu, a już na pewno się go dopominać. Ach te zasady dobrego wychowania! Szkoda tylko, że te dobrze wychowane dzieci zetkną się wcześniej czy później z zachowaniami zupełnie różniącymi się od wpajanych w domu. Świat jest okrutny, brutalny, pełen przemocy i rozpychania się łokciami. Jak ustrzec przed tym te ukochane istotki? Skóra cierpnie.
Leave a Reply