Urlop od… szpiczaka

Wczoraj wróciliśmy z wyjazdu do Kazimierza. Zrobiliśmy sobie kilkudniową wycieczkę, by oderwać się od szarej codzienności. Właściwie, by tę codzienność urozmaicić. Wczoraj też (zaraz po przyjeździe pojechałam na SOR i zafundowałam sobie zaległy wlew Pamifosu.) Trzygodzinne unieruchomienie! Zgroza! Ale cieszę się, że mam to z głowy.
Miałam pewne obawy przed naszym wyjazdem. Poważnie zastanawiałam się nad tym, czy powinnam wyjeżdżać. Nigdy nie wiadomo, co się może wydarzyć, a tu przynajmniej jestem blisko szpitala. Później doszłam do wniosku, że to chore. Jeśli tak będę podchodzić do mojej choroby, to nie pozostanie mi nic innego, jak tylko czekać na nieuniknione. Nie wolno mi rezygnować z normalnego życia. Lekarz na wizycie kontrolnej powiedział, że nie ma większych przeciwskazań. Wyniki morfologii nie powalały na kolana, ale nie były najgorsze.
– Nie polecam skoku na bungee!- zażartował.
-Takie skoki to ja mam co tydzień- odparłam, myśląc o huśtawkach mojej odporności. No i wyruszyliśmy do Kazimierza Dolnego. Nie za daleko, by zbyt długo nie jechać i nie za blisko, by odczuć zmianę otoczenia. Rety, jakie tłumy turystów spotkaliśmy pierwszego dnia! Tego nie da się opowiedzieć! 15 sierpnia! Święto! Nie pomyśleliśmy o tym. Ledwo udało nam się przebić przez miasto i dotrzeć do naszego lokum. Później było już tylko lepiej. Moja kondycja nie pozwalała na zbyt forsujące marsze, ale zaliczyliśmy wszystkie ważne miejsca i obiekty. Czułam, jak buzuje we mnie rozrzedzona chemią krew. Przy wysiłku łapczywie łapałam powietrze, ale poza tym było fajnie. Zrobiłam wiele zdjęć, kilka umieściłam na Instagramie i właściwie nie myślałam o szpiczaku. Niech go szlag! Gdy będę wreszcie miała przerwę w terapii, pojedziemy nad morze! Byłam tam tylko raz i to wieki temu. Muszę to koniecznie powtórzyć z moim mężem.
Kogut zjedzony – Kazimierz zaliczony 😉
A jak! Dwa koguty!