Ludzie od szpiczaka

Najważniejsi są lekarze. To oni diagnozują chorobę, oni informują o niej pacjenta, wreszcie to oni robią wszystko, by ją wyleczyć, zaleczyć czy po prostu przyznać się do bezsilności. Od tego jak to robią, zależy proces leczenia i życie pacjenta. Dlatego tak istotne jest, by trafić na dobrego lekarza, dla którego nie jest się tylko kolejnym przypadkiem w zawodowej karierze, ale człowiekiem z krwi i kości potrzebującym uwagi i wsparcia.
Kiedy widzisz ich zaangażowanie, gdy czujesz, że jesteś ważna, że przejmują się twoim samopoczuciem, pytają, tłumaczą, poświęcając swój bez wątpienia cenny czas, łatwiej jest zmagać się z chorobą. Dobremu lekarzowi zdolna jestem wiele wybaczyć, np. nieprzewidziane spóźnienia. Wierzę (albo chcę wierzyć), że w tym czasie, gdy ja denerwuję się na korytarzu, przyjmując kolejną lekcję pokory, on ratuje komuś życie (nie dopuszczam do świadomości innego wytłumaczenia). U lekarzy cenię kompetencję i fachowość, ale też zwyczajne ludzkie poczucie humoru. Hematolodzy i onkolodzy nie mają łatwej pracy, stykają się przecież z najcięższymi przypadkami, także takimi, wobec których medycyna jest jeszcze bezradna. Mają też potworne ograniczenia, jakie narzuca im Ministerstwo Zdrowia i NFZ, a nie ma nic bardziej frustrującego niż świadomość, że istnieją już rewelacyjne leki i terapie, niemożliwe jednak do wykorzystania w naszym kraju. Mają niestety związane ręce. Dobrze, że istnieją badania kliniczne dające dostęp do najnowocześniejszych leków.
Bez pielęgniarek i lekarz niewiele zrobi
To one wykonują czarną robotę, one realizują zalecenia lekarzy. Zawsze jestem pełna podziwu dla ich pracy i umiejętności. Wiem, jak negatywne bywają o nich opinie. Jasne, że są wśród innych gderliwe i niemiłe, ale jak pomyślę, ilu pacjentów mają na głowie i jak ciężką często mają pracę, wybaczam im to. Leżałam na sali z panią chorą na szpiczaka. Była bardzo otyła. Jedna pielęgniarka nie była w stanie jej pomóc. Myślę tu o higienie, z którą wiąże się podnoszenie pacjentki (po tym doświadczeniu obiecałam sobie, że nigdy nie utyję). Do tego dochodziła bezwładność ciała spowodowana chorobą. Jak silnym trzeba być, jak zdrowy trzeba mieć kręgosłup, by poradzić sobie z takim wyzwaniem. Nie dziwmy się więc, że czasem gderają czy złoszczą się. To przecież tylko ludzie, a nie roboty bez uczuć i emocji. Udział w badaniach klinicznych stawia mnie w uprzywilejowanej pozycji. Mam przydzielone do „obsługi” dwie panie pielęgniarki. Są profesjonalne, przemiłe i sprytne. Krew pobierają w ekspresowym tempie, dojście do portu nie jest dla nich tajemnicą, starają się szybko przekazać próbki do laboratorium, by wystarczyło później czasu na podanie leku. Jestem im naprawdę wdzięczna za to, co robią.
Grunt to rodzinka
Nie wiem, jaką maja rodzinę inni pacjenci. Pewnie różnie z tym bywa. Ja mam to szczęście, że rodzinę mam rewelacyjną. I myślę tu nie tylko o najbliższych, czyli mężu, dzieciach i wnukach, ale także teściach (moi rodzice już nie żyją), siostrach, szwagrach, ich dzieciach… wszystkich. Czuję od nich pozytywną energię, dają siłę i motywację do walki z chorobą. Wiem, że chorują razem ze mną i robią wszystko, by było mi lżej. Chwilami (dzięki nim) zapominam o mojej sytuacji. Wiem, że już o tym pisałam, ale mogę pisać o nich tysiące razy, a i tak byłoby tego za mało, by wyrazić im swoją wdzięczność.
W chorobie niezbędna jest przynajmniej jedna przyjaciółka od serca
Nie ma łatwej roli, choć przyjmuje ją zupełnie dobrowolnie. Skutecznie odciąża rodzinę w jej niełatwej przecież sytuacji. To ona przyjmuje na siebie ciężar wysłuchiwania ciągłego biadolenia, ale też pocieszania, rozśmieszania, rozładowywania napięcia, czyli potocznego stawiania na nogi, gdy te zaczynają się zbytnio uginać, ściągania na ziemię, gdy myśli niebezpiecznie dryfują w kierunku śmierci. Dokopie, walnie prawdę w oczy, pokaże uroki życia, opowie o sobie i od razu robi się lżej na duszy.
Wyjątkowo cenni są koledzy i znajomi
Ich rola jest nie do przecenienia. Wpadną na chwilę, zadzwonią, wyślą SMS ze słowami otuchy, przekażą pozdrowienia przez innych i robi się miękko na sercu. I choć zdaję sobie sprawę, że nie jestem w ich życiu kimś szczególnie wyjątkowym to przecież choć na chwilę jestem w ich myślach. Do tego grona zaliczam też znajomych z Facebooka czy bloga, którzy komentują moje teksty. Czytanie ich komentarzy sprawia mi prawdziwą przyjemność. I choć często dają mi mało budujące przykłady walki z tą chorobą (kiedy piszą o walce bliskich w czasie przeszłym) to przecież wiem, że mi współczują, bo wiedzą, co teraz przeżywam.
Jak strasznie samotny i bezradny byłby człowiek, gdyby nie miał wokół siebie tej specyficznej armii ludzi. Nie chcę i nie muszę się nad tym zastanawiać. Mam szczęście, że moja „szpiczakowa armia” jest liczna i( modne dzisiaj słowo) niezłomna! Zawsze będę jej wdzięczna!
ŁZY
Pragnę w człowieku
Widzieć łzę w oku
Nie tę codzienną
Która nawilża suchą spojówkę
Która ubiega nerwowy ruch
Zmęczonej powieki
Ale tę odświętną
Wyjątkową
Niesioną impulsem uczuć
Rozpaczy lub szczęścia
Ciężką od nasiąkniętych emocji
Tę ozdobną elegancję
Jak szlifowany diament
Który rozświetla
Zaróżowioną ludzką twarz
W chwili próby
(B.F.)
Leave a Reply