Leczenie to ciągłe oczekiwanie…

Moja walka ze szpiczakiem to ciągłe na coś czekanie. Dopóki nie doprowadzę do remisji choroby, czekam na cotygodniowe wyniki, bo od nich zależy proces leczenia. Nie bardzo przejmuję się morfologia i biochemią, bo organizm jakoś sobie radzi z ciągłym zatruwaniem. Z niepokojem za to oczekuję na wyniki badań białka monoklonalnego, łańcuchów…itp, bo to już poważniejsza sprawa.
Mój organizm udowodnił mi już nie raz, że sam decyduje o sobie i nie reagował na prowadzone leczenie. I choćby serce, dusza czy cokolwiek tam jeszcze w środku drzemie, bardzo chciało postępów w leczeniu, efektów brak! Czekam więc na dowód, że tym razem będzie inaczej. Dziś jestem pełna optymizmu, bo białko trochę spadło, a więc coś wreszcie drgnęło.
W trakcie chemioterapii czekam na dobre dni, godziny, chwile, w których czuję się normalnie (prawie normalnie), chwytam się bieżących zajęć, nadrabiam wszelkie zaległości, planuję towarzyskie spotkania. Zapominam, że być może trzeba je będzie odwołać.
Cierpliwie czekam, aż zejdą mi kolejne zasinienia na nogach, które wiecznie obijam o drzwi zmywarki i szuflady w kuchni. Wiem, że powinnam uważać, bo moje płytki nieco ostatnio szwankują, ale bez przesady…
Po zażyciu sterydów cierpliwie czekam, aż miną dwie kolejne bezsenne noce, by móc wreszcie się wyspać. Nie narzekam. Poza nimi śpię jak młody bóg (chyba że budzi mnie ból ramion, dokuczliwy przy odwracaniu się na drugi bok).
Czasem czekam na wiadomość od mojego hematologa. Nie zarzuca mnie informacjami. „ Ok.” lub „ Jest ok.” to najdłuższe SMS-y w jego wydaniu. Lakoniczne, ale uspokajają. Tak naprawdę to czekam na wiadomość, że jestem zdrowa. Czekam na cud!
Czekanie to nie tylko cierpliwość,
ale przede wszystkim ogromna wiara, że warto.
–Kamila Kampa- Aforyzmy
Cuda się zdarzają częściej niż nam się wydaje ?
Pewnie tak! Ale ten jeden raz mógłby dotyczyć właśnie mnie. Wiem to pycha i egoizm, ale nic na to nie poradzę.