Kuracja trwa
Miesiąc minął jak z bicza strzelił. Jeszcze raz sprawdza się stara prawda, że co dobre, szybko się kończy. Przyszedł wtorek i kolejny wyjazd na wlew Daratumumabu do Lublina. Zgodnie z linią leczenia nie muszę już jeździć do szpitala dwa razy w tygodniu. Ależ ulga! Czuję się bardzo dobrze, powiedziałabym nawet, że bardzo dobrze.
Opaliłam się, choć wcale o to nie zabiegałam. To te codzienne spacery z Tośką. Wprawdzie zasłaniam się ogromnym kapeluszem, ale słońce jest skuteczniejsze i nie daje za wygraną. Na korytarzu (o dziwo!) nie było tłumów.
Chorzy wyjechali na wakacje albo, jak pesymistycznie podsumował to mój kolega od wlewów, zrezygnowali i są teraz w lepszym świecie. No cóż, wszystko jest możliwe, choć wolałabym tę drugą opcję potraktować jako marny ponury żart. W szpitalu czekała nas miła niespodzianka, bo lek podawano nam nie trzy lub cztery godziny, a tylko 90 minut. To naprawdę ekspresowo, zważywszy na okoliczności. Zawsze szkoda mi było tego czasu poświęconego w większości na czekanie. Dziś oddałam krew na specyficzne białka. Znów nerwówka i czekanie na wyniki. Spada? Rośnie? Stoi w miejscu? Lek działa czy nie… Najlepiej wyszłabym, gdybym o tym nie myślała, ale tak się nie da.
W domu czekają na mnie wnuki, które zjechały z rodzicami do dziadków na wakacje i urlopy. W domu twórczy bałagan. Nie przejmujemy się tym, by nie tracić cennych chwil na porządki, bo to i tak syzyfowa praca. Ten czas lepiej spędzić na delektowanie się wzajemną obecnością. Dzieci przywiozły ze sobą klatkę z dwiema myszkami. Jedna z nich zaraz na drugi dzień urodziła stadko małych. Tym sposobem w domu jest maleńkie ZOO.
Po wlewie czuję się nieźle, choć trochę dokuczają mi przyjmowane sterydy. Przez trzy kolejne dni muszę je brać po połowie dawki. Wtedy jestem lekko rozedrgana, nie śpię w nocy, ale potem wszystko się normuje i można normalnie funkcjonować. Oby jak najdłużej.
Leave a Reply