Kolejny tydzień za nami

Kolejny tydzień za nami

W niedzielę pojechaliśmy z rodzinką nad jezioro. Słońce kusiło, wabiło i ostatecznie wyciągnęło nas z domu. Z Lublina przyjechała Ania z Tomkiem i maluchami.

Jezioro ciągle jest skute lodem, choć na brzegu pojawia się już woda. W lodzie przy pomoście pozostały ślady po kąpieli morsów. Równo wycięte tafle lodu, które ponownie zdążyły zamarznąć, rzucały się od razu w oczy. Do powierzchni przymarzły też czerwone płatki róż. Może wśród amatorów zimowych kąpieli byli także zakochani, którzy zaręczynami sfinalizowali swój szczęśliwy związek. Woda na minusie, a w sercu żar!

Łapię drobne atrakcje kolejnych monotonnych dni

Zima nie daje zbyt wielu możliwości. Za drzwiami domu zaczyna się niebezpieczny świat. Wirusy czekają tylko na moją słabszą formę, mróz i wiatr skutecznie wychładza organizm. Nie lubię zimy, choć sprawiedliwość każe mi przyznać, że ma swoje zalety. Wolę wiosnę. W tym roku jej pierwsze zwiastuny pojawiły się już w lutym. Ania przysłała mi piękne zdjęcie przebiśniegów. Zakwitły w skansenie wśród chłopskich chat i zagród. Są już bazie na wydawałoby się zmarzniętych gałązkach wierzb. Najlepsze są ptaki. Wystarczy, że zabłyśnie słońce, od razu wzrastają decybele treli i świergotów. To tylko nasze sikorowate (czyli także i wróble), które przetrwały zimę na naszych ogrodowych drzewach i krzewach. Nie miały ciężko, bo rozpieszczaliśmy je specjalnie kupowanymi mieszankami ziaren zbóż i traw.

Znalazłam kolejny sposób na motywację

Na Facebooku przeczytałam post o licytacji. Edytka, świetna skądinąd dziewczyna, prowadzi licytacje różnych podarowanych przez ludzi przedmiotów czy usług. Jest tam biżuteria, szkatułki, mydełka zapachowe czy sesja fotograficzna. Pieniądze tak zdobyte zasilają konta chorych na raka. Podarowałam łapacz snów. Szczerze mówiąc, nie bardzo wierzyłam w sukces. Nastawiłam się nawet na to, że sama wylicytuję, gdyby nikt nie chciał kupić, bo trochę to wstyd. Cena wywoławcza 35zł. Wylicytowano za 150 zł. Z ogromną pomocą Roberta, Kasi i Justynki, naszej bliskiej rodziny. To siostra mojego męża. Ależ to cieszy! Polecam coś takiego. To tak niewiele, a człowiek czuje się choć odrobinkę lepszy. W tym nastawionym na zdobywanie świecie, dawanie jest wprawdzie niemodne i nieintratne, ale to ono uskrzydla i eliminuje zło.

Pojechałam z Miśką do Lublina

We wtorek miałam kolejną wizytę kontrolną. Nie ma szału. Hemoglobina spadła do 8,6, płytki do 37. Wzrosła odporność, ale to zasługa zastrzyków. Lekarz stwierdził, że niepotrzebnie je brałam, bo białe ciałka wzrosły kosztem pozostałych składników krwi. Tak na zasadzie podkradania. Skąd mogłam wiedzieć. Zastrzyki zalecił mi lekarz, który zastępował mojego doktora. Ten bowiem wyjechał na ferie z dziećmi. Słucham lekarzy. Faktem jest, że mogłam dopuścić do głosu rozum. Sporo wiem na temat mojego leczenia. Mam nadzieję, że wszystko się odbuduje. Przedłuży się tylko w czasie, ale czasu to ja mam dość! Postanowiłam ostatecznie, że kończę badania kliniczne. Mam wrażenie, że teraz przynoszą mi więcej szkód niż zysków. Zobaczymy co z białkami. Wyniki za tydzień.

Wesołość moja już nie ta

Radość czmychnęła jak tchórz

Gdzieś zapodział się luz blus

I dziś modne róbta co chceta

Spinam się ciągle w sobie

Sztywniaczka co połknęła kij

I choć wolałabym bij zabij

Pielęgnuję lęki i fobie

Wciąż marudzę i zrzędzę

Jęczę narzekam biadolę

Zniewalam swą wolną wolę

Dostrzegam w sobie tę jędzę

Każdy zdrowia mi życzy

Musi być dobrze – powiada

We mnie wciąż hałas i zwada

To nadzieja tak krzyczy

( B.F)

Leave a Reply