Jesteśmy zależni od innych

Jesteśmy zależni od innych

Trudno byłoby toczyć walkę ze szpiczakiem, nie mając wsparcia w innych ludziach. Tym razem mam na myśli wsparcie czysto fizyczne. Ot, choćby tylko taki dojazd do szpitala. Dla większości chorych to realna trudność i prawdziwe wyzwanie (przecież czasem terapia wymaga pojawienia się u lekarza dwa razy w tygodniu).

Najlepiej mają ci, którzy mieszkają blisko szpitala czy kliniki. Mogą spacerkiem docierać do celu. Inni pokonywać muszą dziesiątki czy setki kilometrów, by dotrzeć na czas po kolejną dawkę chemii. Nie zawsze kondycja fizyczna pozwala na to, by do lekarza dojeżdżać busem (już nie wspomnę tu o ilości zarazków czających się w wątpliwej jakości samochodowych klimatyzatorach,czyhających na nasze pozbawione odporności organizmy).

90 kilometrów jazdy w jedną stronę…

Ze mną jest najczęściej Grzesiek. Nigdy nie dał mi odczuć, że jestem dla niego ciężarem. To dobrze, że ma swoją firmę i nie musi się u nikogo zwalniać z pracy, ale przecież też te wyjazdy utrudniają mu życie. Wozi mnie też Monika, która jeszcze przed podpisaniem umowy o pracę wynegocjowała wolny jeden dzień w tygodniu, by móc być do mojej dyspozycji. Rafał pracuje u Grześka, więc ze zwolnieniem nie ma problemu. Jak sobie radzą inni? Nie mam pojęcia, ale faktem jest, że dojazdy do szpitala bardzo komplikują życie.

Na korytarzach szpitalnych tłok

Pani Krystyna (imię wymyśliłam, bo zupełnie wypadło mi z pamięci, ale jest postacią z krwi i kości) była postawną szatynką; wysoka, dobrze zbudowana, z nieco ostrymi rysami twarzy. Piszę „była”, bo później straciłyśmy ze sobą kontakt. Szerokie ramiona i wąskie biodra dodawały sylwetce męskich cech. Chętnie opowiadała o sobie w czasie długich godzin oczekiwania na wlew. Jak większość z nas nie mogła pogodzić się z faktem, że jest chora. – Miałam piękny ogród- mówiła. Sąsiadki zawsze mi go zazdrościły. Pielęgnowałam go sercem… tyle roślin… Robiłam nalewki z owoców: malinowa, jeżynowa, pigwowa…mąż lubił, ja też. Jeszcze mam je w piwnicy. Teraz nie mam siły. Ostatnio zasłabłam w czasie podlewania ogrodu. Nie mogę patrzeć, jak wszystko marnieje.

-Jeszcze wszystko wróci do normy- pocieszałam. Trzeba tylko dać sobie czas. Przetrwać chemioterapię. A potem organizm się zregeneruje.

-Tak pani mówi?- odpowiadała z mieszanką wątpliwości i nadziei.- Tak, tak ma pani rację… Do szpitala przywoziła ją synowa na zmianę z córką. Ale to synowa miała z nią wyjątkowo ciepły kontakt. Sama była na rencie, a któż lepiej zrozumie chorego jak nie drugi chory. Nie było tam niecierpliwości tak często słyszanej w rozmowach z członkami innych rodzin.

A nasłuchałam się sporo, choć nie miałam zamiaru podsłuchiwać. Nie mówię tego z naganą, o nie… Długie godziny oczekiwania wyzwalają bowiem spore pokłady zdenerwowania. Chorzy nigdzie się nie spieszą, godzą się na to oczekiwanie, nie ma przecież alternatywy. Osoby towarzyszące mają niestety trudniej. Przywożą tu swoich bliskich, ale często sporo za to płacąc. Każdy ma przecież swoje życie, jakieś plany, zobowiązania, pracę. A tu przymusowy postój. Zatrzymanie w czasie, wybicie z rytmu codziennej gonitwy. Ciężar odpowiedzialności za drugiego człowieka… często uwierający, niechciany, ale humanitarnie dźwigany w imię miłości czy tylko dobrze spełnianego obowiązku.

 

ŻYCIE

Zgubiłam różowe okulary!

Świat się skurczył

I zmalał

Już nie unoszę się

I nie nadymam

Nie bujam w obłokach

Człapię po ziemi

Ciągnąc za sobą

Welon obaw i lęków

Zachłystuję się

Zdziwieniem

I niedowierzaniem

                                                                                                                  ( B.F.)

 

Leave a Reply