Jest pozytywna reakcja na lek!
Jest reakcja! Jest pozytywna reakcja mojego zbolałego organizmu na nowy lek. O tym, jak ważna to informacja, nie muszę nikogo przekonywać. A już na pewno nie muszę przekonywać chorych, którzy tak jak ja czekają na tego rodzaju wiadomość.
Ze szpiczakiem tak już jest, że nigdy nie wiemy, czego można się spodziewać. U jednych ten sam lek zadziała rewelacyjnie, u innych nawet nie drgnie. Tym razem mnie się poszczęściło i to jest najważniejsze. Poziom białka monoklonalnego przed rozpoczęciem tej terapii wynosił 1,31g/dl. Teraz po 2 cyklach DaraVD wynosi 0, 63. Cudnie! Cieszę się bardzo, że wyniki poziomu białek przyszły właśnie teraz (szczegółowe będą za tydzień), bo dzięki temu będę mogła spać spokojnie. Jak siebie znam panikowałabym, oczekując wyroku. Swoją drogą mam paskudny charakter. Nakręcam się, robiąc sobie krzywdę, bo przecież to niczemu nie służy, a już na pewno psychicznej kondycji tak ważnej w leczeniu. Teraz mogą mi zazdrościć ci, którzy jeszcze czekają na wynik, bo dopiero oddali krew do analizy. Podniosły mi się też płytki krwi. Z 27K/ul na 63K/ul. Czyli szpik pracuje. Nie na tyle wprawdzie, bym mogła dostać zastrzyk Bortezomibu, ale to dobrze. Przerwa trwa i niech tak jeszcze z tydzień zostanie.
Kto jest matką sukcesu?
Nie wiem, kto czy co stoi za sukcesem tej terapii. Może to ten Daratumumab, rewelacyjny immunologiczny lek tak zachwalany przez lekarzy, a może Bortezomib, który przecież też biorę w połączeniu ze sterydami. Mógł zadziałać DL-Methadon, który w połączeniu z chemioterapią daje bardzo dobre efekty. Zwolennicy naturalnych terapii postawiliby zapewne na zielone drinki, które przecież piję systematycznie codziennie po śniadaniu. Jest jeszcze (co uzmysłowiła mi Miśka) dogoterapia! Odkąd mamy psa nie mam zbyt wiele czasu na rozmyślania i dzielenie włosa na czworo. Biegam z sunią na spacery (najczęściej tylko po naszej działce, bo zapiera się łapkami i za nic nie chce wyjść na ulicę). Może to jakaś trauma z wczesnego dzieciństwa? W końcu wyniesiono ją w pudełku do lasu, pozostawiając na pewną śmierć. Krążę po domu, szukając niechlubnych dowodów jej bytności, bawię się w aportowanie, drzemię z psem pod pachą. Balsam na moje skołatane nerwy. Muszę jeszcze wspomnieć o pozytywnym nastawieniu nad którym ciągle pracuję. No i być może najważniejszy, choć wymieniony na samym końcu Bóg. Może mimo mojej marności ma na mnie oko i daje mi kolejny kredyt zaufania. Nie wiem i raczej wiedzieć nie będę. Najważniejsze by tendencja była trwała i niezmienna.
Leave a Reply