Idą święta!

Idą święta!

Znów z tej okazji robię sobie urlop od choroby! Postanowiłam, że nie będę analizować żadnych wyników badań. Nie będę z nikim rozmawiać na ten temat. Mało tego, postaram się nawet nie myśleć o szpiczaku.

Nie jest to łatwe, bo odkąd należę na Facebooku do grupy „Methadon-Mój partner w walce z rakiem” każdy rzut okiem do komórki kończy się informacją o chorobie, sukcesie albo porażce walki prawie 9 tysięcznej grupy ludzi. Chcąc nie chcąc, ciągle jestem w temacie. Ma to swoje dobre strony, bo cały czas mam kontakt z ludźmi, których choroba zbliżyła i czują potrzebę utrzymywania kontaktu, pocieszania, motywowania czy po prostu poplotkowania na wspólny temat. To dowód, że choroba wcale nie musi tylko i wyłącznie nieść ze sobą negatywne emocje. Jest to jednak przykład, że skutecznie zniewala. Kiedy już jest, zajmuje każdy aspekt naszego życia.

Idą święta!

Czas radości, beztroski i wspólnych spotkań przy sutym stole. Czas rozmów z najbliższymi, zabawy z wnukami, leniuchowania przy telewizorze, wspólnych spacerów między płatkami śniegu czy kroplami deszczu. To czas intensywnych przygotowywań domu i stołu. Wygarniamy z szaf niepotrzebne ubrania i oddajemy je potrzebującym, robimy miejsce na półkach w szafie, na rzeczy nowe choć być może także zbędne. Czas wyprzedaży w sklepach skutecznie skusił naszą próżność i za późno było na opamiętanie. Pocieszeniem jest fakt, że za rok także będą święta i będzie okazja do kolejnych czystek w szafie.

Idą święta!

Zakutana w czapkę, szalik i starą kurtkę otwieram okna, by słońce miało szansę wpadać do pokoju przez świeżo umyte szyby. Narażam się na przeziębienie, ale jakoś nie mogę odpuścić sobie tego obowiązku, mimo że powtarzam, iż „nie żyje się po to, by sprzątać, lecz sprząta, by żyć”. Prawda warta grzechu, ale przyzwyczajenie i tak bierze górę nad zdrowym rozsądkiem. Piorę i prasuję firanki, choć i tak nikt z domowników nie zauważa mojego wysiłku, bo po remoncie w domu zawsze jest czysto i przytulnie. Piorę więc te firanki dla siebie, swojego sumienia, by mieć poczucie dobrze spełnionego obowiązku.

Idą święta!

Już tydzień wcześniej gotuję barszczyk, by zamknięty w słoikach czekał cierpliwie na swoją kolej na wigilijnej wieczerzy, zamrażam uszka grzybowe do barszczu, paszteciki z pieczarkami i pierogi z kapustą, by tradycji stało się zadość i na stole dumnie stanęło 12 wigilijnych potraw. Obok słoików z barszczykiem buraczanym stanęły już te z kapustą i grzybami. Są też słoiki z flakami na pierwszy czy drugi dzień świąt. W ostatnich dniach ugotuję kompot z suszu ( jabłka i gruszki ostatnio suszyłam na gorących kaloryferach, inne owoce kupię gotowe w sklepie). Karp zamrożony cicho leży w zamrażarce, bo najsmaczniejszy jest taki prosto z patelni, bez podgrzewania na maśle. Śledź ze słodką cebulką zrobię dzień przed podaniem, bo inaczej cebula zrobi się szklista i niesmaczna, jeśli przyrządzę ją wcześniej.

Idą święta!

Prezenty przyszły w większości dzięki kurierowi, bo sklepy internetowe dają nam najwygodniejszą ofertę sprzedaży. Nie biegam po sklepach, by nie nałapać obcych zarazków i nie rozchorować się na same święta. Nie zapominam o dokarmianiu ptaków. Pod oknem na świerku zawiesiliśmy karmnik i żywią się tam nasze i obce wróble, sikorki i dzikie gołębie.

W sobotę po pracy przyjedzie Ania z rodzinką, Monika jest cały czas, choć odgraża się, że nocować będzie u Rafała i Natalii, bo ci zwalniają mieszkanie, na czas świąt wyjeżdżając do rodziców Natalii. Ja gorliwie przygotowuję świąteczne potrawy, choć na Wigilię wszyscy jedziemy do teściów, by z nimi i z rodzinką Kasi spędzić ten szczególny w roku dzień. Nie będziemy mówić o chorobach, tylko jeść, pić, śmiać się, rozpakowywać prezenty i śpiewać kolędy. Takie tam wspólne kolędowanie! Wieczerzanie! Już pięćdziesiąte ósme w moim udanym życiu.

Leave a Reply