Dobroczynna moc spacerów

Dobroczynna moc spacerów

O spacerach pisałam już nieraz, ale mam wrażenie, że ciągle nie dość i za mało. To w końcu dzięki nim jestem w dobrej kondycji fizycznej, a i psychika ma się całkiem nieźle. Czuję, że z każdym krokiem i każdym zaliczonym kilometrem przybywa mi sił i chęci do życia. Tereny wokół Włodawy zachęcają do eksploracji, więc grzechem byłoby nie skorzystać z okazji i marnować czas na siedzeniu w fotelu czy na kanapie.

Kiedy pomyślę sobie, że na polach, łąkach i w lasach nie ma koronawirusa, chęci na spacery bardziej się potęgują. Pogoda nie gra większej roli. Nawet w czasie deszczu (oczywiście nie w czasie ulewy) zakładamy płaszcze i ruszamy w trasę. Obok korzyści z ruchu jako takiego mamy dodatkowy zysk z darmowego nawilżenia. Niemal jak Angielki chłoniemy wilgoć skórą twarzy i darmowy zabieg jak znalazł. Tylko po Tośce widać, że pada, bo wygląda jak przysłowiowa kura w deszczu, ale nie jest to problem, który by ją zbyt nurtował, bo nawet wtedy nurkuje w zbożu, czerpiąc wyraźną radość z tej sytuacji. Najbardziej dokuczliwe są upały, a szczególnie skok temperatury po wcześniejszym deszczu. Powietrze jest wtedy tak wilgotne, że utrudnia oddychanie, a ubranie klei się do ciała. Za to jakie widoki! Krople deszczu lśnią na wilgotnych liściach polnych roślin i kłosach zbóż. Podkreślają urok kwiatów mojego dzieciństwa: chabrów, maków, rumianku czy kąkoli. Już myślałam, że pestycydy doszczętnie wypleniły z łanów zbóż te urokliwe rośliny. Ale nie! Są. Są nadal i cieszą oczy, poruszając gdzieś w głębi duszy czułą nutkę dzieciństwa. Mama straszyła nas rusałkami czyhającymi w jęczmieniu czy pszenicy, by porwać niegrzeczne dzieci chcące biegać po zbożach za kwiatami na wianki. Przy okazji niszczone były źdźbła, łamane kłosy, deptane drogocenne ziarna. Wiedza o rusałkach skutecznie odstraszała nas od tych niepoprawnych zabaw.

(Nie)proszeni goście

Po deszczu zawsze następuje wymarsz licznych ślimaków. To nie winniczki, ale dużo mniejsze okazy, które mają dość nadmiaru wilgoci i szukają suchej przestrzeni, przy okazji narażając się na niebezpieczeństwo rozdeptania czy przejechania. Zbieramy te biedne istotki i ostrożnie przenosimy w bezpieczne miejsce. Zaliczamy dobry uczynek, a świadomość uratowania życia, nawet jeśli to tylko (a może aż) życie ślimaka, podnosi na duchu. Kiedyś z moimi wnukami przynieśliśmy do ogrodu całe wiaderka ślimaków, które uzbieraliśmy na ścieżce rowerowej. Nie był to raczej najmądrzejszy pomysł, jeśli chodzi o ratowanie ich życia, bo teraz po każdym deszczu mam inwazję tych stworków na naszym trawniku. Na co dzień żyją sobie praktycznie niewidoczne, gdzieś pod gałązkami krzewów i dopiero deszcz wypędza je z tych kryjówek. Nie sądziłam nawet, że jest ich tak wiele. Trzeba bardzo uważać, by je nie rozdeptać. Na szczęście znikają wraz z pojawiającym się słońcem, pozostawiając trawnik do wyłącznie naszej dyspozycji. To pozwala nam uniknąć otwartego konfliktu. I żyjemy tak my i ślimaki w tym dziwnym stanie nieco udawanej symbiozy.

Leave a Reply