Do boju z duszą na ramieniu

Do boju z duszą na ramieniu

Koniec wyczekiwania. Koniec z bezpiecznym cichym domowym azylem.  Koniec z względnie  beztroskim życiem w otoczeniu najbliższych. Czas na kontynuację terapii antyszpiczakowej.

– Proszę przyjechać we wtorek. Możliwe, że podamy Daratumumab – powiedział do słuchawki znajomy doktor. Ni mniej ni więcej oznacza to, że jeżeli wyniki badań potwierdzą moją dobrą kondycję, dostanę wlew (kurczę, cały dzień w szpitalu!). Czy się boję? Jasne, że tak! Lęk nie dotyczy jednak reakcji na chemioterapię (choć po ostatnich ekscesach może być różnie), ale bezpieczeństwa w kontakcie z nowymi ludźmi i miejscami. Do tej pory siedziałam w domu jak u Pana Boga za piecem. Statystyki mówią, że ponad 30% zakażeń następuje w szpitalach i przychodniach. Jak tu w tej sytuacji nie czuć lęku? Wiem doskonale, że w zetknięciu z koronawirusem nie mam najmniejszych szans. Z drugiej strony wiem, że cuda się zdarzają. Wyzdrowiała dziewczynka zakażona tym wirusem, a będąca po przeszczepie. Jej organizm nie był zbyt silny, a jednak dał radę. Można? Można. Jest więc nadzieja dla słabych, starszych i schorowanych. Nie ma co od razu popadać w rozpacz.

Przede mną wyjazd

Do wyjazdu jestem bardzo dobrze przygotowana. Mam najlepszej jakości maseczkę, rękawiczek bez liku, odkażacze zrobione z czystego spirytusu i przyłbicę zrobioną z plastikowej teczki na dokumenty. Przykład, jak to zrobić, zaczerpnęłam z internetu. Znam zasady zachowania się w przestrzeni publicznej i w nowych pomieszczeniach. Dam radę! Grzesiek zawiezie mnie na miejsce i czekał będzie w samochodzie. Do samochodu będę też przychodziła zawsze wtedy, gdy trzeba będzie czekać na wyniki badań lub lekarstwo z apteki. To zawsze  tak długo trwa. Jeszcze to muszę dobrze zaplanować. Mam na to tydzień czasu.

Święta minęły szybko, choć myślałam, że dłużyć się będą niemiłosiernie. Nic z tych rzeczy. Spaliśmy dłużej niż ustawa przewiduje, potem Metadon, śniadanie, kawka z mężem i córcią, jakiś film na Netflixsie, telefony do dzieci, teściów i najbliższych sercu ludzi; spacery wokół domu (dobrze, że nie mieszkamy w bloku), obiad, drzemka i zanim się człowiek zorientuje, jest wieczór. I dobrze. To znaczy, że jesteśmy o dzień bliżej do wygranej z koronawirusem. Staram się nie czytać wieści z frontu (choć to nierealne). Takie bombardowanie złymi wiadomościami może bowiem doprowadzić do depresji, a tego nikomu, a już na pewno sobie, nie życzę. Cieszmy się wiosną, słońcem, pachnącymi kwiatami i drobinkami deszczu, który tak oszczędnie serwuje nam Matka Natura. Wytrzymamy!

Leave a Reply