Carpe diem

Carpe diem

Segregując notatki, znalazłam niewykorzystany na blogu tekst. Nie wiem, dlaczego go nie wprowadziłam, ale teraz stał się już nieaktualny. Miałam wszystko skasować, ale uzmysłowiłam sobie, że to świetne świadectwo zmian zachodzących w moim życiu.

Przede wszystkim jednak dowód, że nastąpiła poprawa. Otóż wyciszyła się moja polineuropatia! Na co dzień nie wsłuchuję się przesadnie we wszystkie doznania i odczucia i dopiero ten dziwny zbieg okoliczności sprawił, że mam jak na tacy udowodnione działanie Metadonu. To Metadon sprawił, że nie dokucza mi ból i dlatego nie miewam już wisielczego humoru! On naprawdę działa! Oto ten tekst:

Nie mogę uniknąć wisielczego nastroju

„Tak jakoś smutno pani brzmi”- powiedziała mi przez telefon poznana niedawno na Facebooku Iwonka, także chora na szpiczaka. Często to słyszę od bliskich, ale kiedy mówi mi to osoba obca, trzeba się nad tym poważnie zastanowić. Jestem niestety chroniczną pesymistką. Dla mnie szklanka zawsze była i jest do połowy pusta. Jeśli już nawet doceniłam coś pozytywnego, to i tak nie cieszyłam się z tego jak inni, bo zaraz zaczynałam się martwić, że to zniknie. Zawsze wolałam być mile zaskoczona. Pesymizm chronił mnie przed rozczarowaniem. Wiem,że to paskudna cecha charakteru. Teraz, gdy jestem chora, staram się nad tym zapanować, ale to nie jest takie proste, gdy te nawyki gruntowało się przez pół wieku. Z drugiej strony mogę od czasu do czasu mieć wisielczy humor. Jak się tak poważnie nad tym zastanawiam, dochodzę do przekonania graniczącego z pewnością, że ja tak naprawdę to lubię biadolić. Wychodzi na to, że (o paradoksie!) kiedy jest mi źle, to jest mi lepiej! Szkoda, że wszyscy wokół muszą to znosić.

Dzisiaj mam gorszy dzień. Polineuropatia zaatakowała mnie ze wzmożoną mocą. Bolą mnie ramiona, a mrowienie sięga łokci i kolan. Mam też lekko zdrętwiałe usta. Wiem z doświadczenia, że to powinno się wyciszyć, bo o całkowitym zniknięciu nie ma mowy (chyba że odstawię chemię). Przetrzymam. Nie mam wyjścia. Łażę z kąta w kąt. Odbieram telefony od wyczuwającego instynktownie moje gorsze samopoczucie Grześka i Ani, która codziennie upewnia się, czy daję radę. Nie chcę ich martwić, ale nie mogę powstrzymać się od narzekania. Muszę nad tym popracować, bo przecież poza ich zatroskaniem nic się nie zmieni. Zastanawiam się, dlaczego lekarze fundują pacjentom kuracje Talidomidem, skoro może uszkadzać obwodowy układ nerwowy? Tak jak u mnie. Dlaczego lekką ręką podają coś, co zmienia diametralnie życie. W dodatku nie pofatygują się, by dać coś osłonowego albo przynajmniej poinformować o skutkach ubocznych i dać szansę wyboru drogi leczenia. Dziś nie byłabym tak głupia, ale wtedy zaraz po diagnozie byłam przerażona, brałam, co mi dawano, wierząc, że to wszystko niedługo potrwa.

Myślę, jak nietrwałe jest poczucie bezpieczeństwa (co jednoznacznie łączę ze szczęściem). Jeszcze półtora roku temu (jak większość ludzi) żyłam, usilnie zabiegając o wszelkiego rodzaju dobra i zaprzątając swoją uwagę sprawami pozornie ważnymi. Dopiero choroba zweryfikowała moje plany i zamierzenia. Świat wprawdzie nie stanął w miejscu, ale silnie zawirował, wpadając w solidne turbulencje (kurcze, chyba się powtarzam). Niby wiedziałam, że nieważne są rzeczy tak skwapliwie gromadzone, ale tym razem musiałam się o tym przekonać na własnej skórze.

Ostatnio w szpitalu pewna sympatyczna starsza pani zadała mi zagadkę: „Stary musi, młody może”. Umrzeć! – podpowiedziała zaraz z uśmiechem. No tak, to logiczne, ale życia nigdy dość. Niezależnie od wieku pragniemy go smakować. Może jedynie cierpienie skutecznie zabija w człowieku tę wolę. W większości jednak upływające lata nie zabijają w nas woli istnienia. W starym zwiotczałym ciele zawsze drzemie młody duch, a człowiek nieustannie dziwi się, że czas tak szybko płynie. Ja też chcę jak najdłużej cieszyć się życiem. Żeby tylko ta piekielna polineuropatia choć trochę pofolgowała w swoich zapędach, byłoby mi łatwiej walczyć z chorobą i takim jak dzisiaj wisielczym nastrojem.

Postscriptum

Oprócz nieaktualnej informacji o mojej polineuropatii, nieaktualna jest także informacja o Iwonce. Nie jest już obcą osobą, bo szybko stała się dla mnie kimś wyjątkowo bliskim i ważnym. Przeszłyśmy szybko na ty, bo coś takiego jest w tej przemiłej osobie, że człowiek od razu lubi, ufa i …chce więcej. Iwonko, jeśli to czytasz… uściski i przytulańce!

Chwytaj dzień,

bo przecież nikt się nie dowie,

jaką nam przyszłość

zgotują bogowie

Horacy

Leave a Reply