Badania są wpisane w kurację

Badania są wpisane w kurację

Wstrzymać oddech- usłyszałam beznamiętny głos technika obsługującego tomograf i posłusznie nabrałam powietrze w płuca. –Można oddychać. Ruchoma platforma przewoziła mnie w tę i z powrotem, by ostatecznie zatrzymać się w oczekiwanej ciszy. Ubierałam się w milczeniu.

Nie pierwszy raz robiłam te badania. To nie ich przebieg niepokoił, ale wynik. Tomografia komputerowa to jeno z badań, jakie zrobiono mi przed postawieniem diagnozy i później, gdy przechodziłam kwalifikacje do udziału w badaniach klinicznych. Nie jest specjalnie  uciążliwe. Leży się na ruchomym stole, który przemieszcza się przez dziwny czasem migocący pierścień. Nic się nie czuje i nie trzeba opanowywać momentów paniki, jakie zawsze mam przy badaniu rezonansem magnetycznym. Mam klaustrofobię, więc każde ograniczanie przestrzeni budzi we mnie strach (z tego samego powodu nigdy nie wchodzę sama do windy, lecz idę schodami nawet wtedy, gdy do przebycia jest kilka pięter).

Pobieranie szpiku kostnego

Inne badanie to pobieranie szpiku… u mnie zawsze z kości miednicowej. Nigdy w czasie tego zabiegu nie cierpiałam. Dziwiła mnie reakcja chorych, którzy po wyjściu z gabinetu ze łzami w oczach mówili: „Nigdy więcej!” Może mam zawyżony (czy obniżony?) poziom tolerancji bólu. Pamiętałam jeszcze te emocje, gdy leżałam na stole zabiegowym pierwszy raz. Bałam się jak diabli. Kazano położyć się na brzuchu, tłumaczono każdy kolejny ruch, bym nie była zaskoczona odczuciem. W końcu nie miałam oczu z tyłu głowy. Jestem z tych, co to lubią widzieć, co się dzieje. Nigdy nie odwracam głowy, gdy robią coś z moim ciałem, no… chyba że to się odbywało tak jak teraz. „Teraz panią znieczulę”- usłyszałam ciepły głos pani doktor. „Poczuje pani ukłucie”. Poczułam. „Teraz poczekamy, aż znieczulenie zacznie działać”. Czekałam cierpliwie, odmawiając w myśli kolejną zdrowaśkę. Uspokajała, przypominając, że wszystko się kiedyś kończy. „Teraz wejdziemy do kości miednicy, proszę mówić, gdy będzie bolało”. Nie bolało, ale do kości miednicy nie udało jej się dostać. Pani doktor ponowiła próbę i się poddała. „Zawołajmy doktora G. Jest na oddziale”.  „No pięknie”- pomyślałam. Oni będą go szukać, a moje znieczulenie szlag trafi. Głośno wyraziłam swoje obawy. „Dodamy znieczulenie, jeśli to będzie konieczne”. Dodali. Doktor pojawił się dosyć szybko i zabrał do roboty. Fachowo. Rutyniarz, ale rewelacyjny. Czułam wciskanie moich bioder w blat stołu. Nie czułam ciągnięcia szpiku, jak mnie uprzedzano, nic. Znieczulenie musiało być mocne. Jakaś inna pani doktor, a może studentka (trudno je rozpoznać, gdy są w białych fartuchach) poprosiła o oddanie dodatkowej porcji szpiku na badania naukowe. „Niech będzie”- pomyślałam zrezygnowana. Ktoś musi się uczyć, by ktoś potem mógł leczyć. A może prace nad szpiczakiem zakończą się wreszcie spektakularnym sukcesem? Pobożne życzenie wszystkich chorych. Szpik pobierany miałam później wielokrotnie. Nigdy nie był to zabieg bolesny.

2 Responses

Leave a Reply