Szpiczak nie śpi – czas wznowić terapię

Rano budzi mnie delikatny, ale natarczywy szum w głowie. Nie jest mocny, ale wystarczający, by nie można było ponownie zasnąć. Z żołądka do góry rusza fala mdłości, jelita także budzą się do życia, sugerując mózgowi, że czas do łazienki.
Ostatnio do tych atrakcji dołączył ból kręgosłupa w odcinku lędźwiowym. Przetaczam się na drugi bok i nie bez trudności zwijam w kłębek. To pomaga. Widocznie spałam całą noc w jednej pozycji i mój kręgosłup protestuje. Czasem to pozwala mi jeszcze zasnąć, czasem jednak muszę zsunąć się z łóżka i wędrować do łazienki, by minęła rewolucja jelit. Mija, a wraz z nią dokuczliwa fala mdłości. Wtedy także mogę wpaść jeszcze w czujną drzemkę. O 8, 00 mam zażyć Methadon, więc nie ma co się cieszyć. Dłuższego spania i tak nie będzie. Ktoś pewnie się zdziwi, że można spać tak długo. Ale niby dlaczego nie? Co mam robić? Do pracy nie idę, zdalnie też nie pracuję, korzystam z dobrodziejstw emerytury. Poczytać i pooglądać bezsensowne programy jeszcze zdążę na pewno. A tak przynajmniej minie część nudnego dnia. Odwiedziny zakazane. Dłuższy spacer niepożądany. Za oknem rządzi wirus.
Samochodem w rejs
Wczoraj byłam w Lublinie na pierwszej, po dłuższej przerwie spowodowanej sepsą, wizycie. Musiałam w końcu zacząć kontynuację trucia mojego szpiczaka. Byłam pełna obaw co do bezpieczeństwa. Nie uśmiecha mi się spotkanie z koronawirusem. Ubrałam się zgodnie z zaleceniami: maseczka, rękawice, plastikowa przyłbica na twarz… Na dzień dobry niespodzianka. Szpital zamknął główne wejście na nasz oddział i musiałam szukać innego. Mogłam pojechać windą, ale boję się jej panicznie i nie wsiadam bez osoby towarzyszącej, a tej nie miałam. Zakaz wstępu dla tych osób zmniejsza ryzyko zakażenia. Miśka niestety musiała zostać w samochodzie. Na izbie przyjęć zmierzyli mi temperaturę, ale i tak nie było mowy o dwumetrowej odległości od czekających w kolejce. Patrzyliśmy więc na siebie wilkiem, o ile można patrzeć wilkiem spod maseczki, coraz ktoś podchodził do dozownika podającego płyn dezynfekujący, co niektórzy (w tym i ja) ostentacyjnie korzystali z własnych odkażaczy w aerozolu, by odkazić przestrzeń wokół siebie. Tak przetrwałam rejestrację.
Bezpiecznie jak w domu
Na oddziale jednodniowych wizyt, gdzie otrzymujemy leczenie, nie było tłumów. Po oddaniu pielęgniarkom dokumentacji z izby przyjęć, zajęłam swoje miejsce na korytarzu, w możliwie największej (niestety nieprzepisowej) odległości od innego pacjenta.
– O pani Fajge! – przywitał mnie serdecznie prowadzący lekarz. – Jak miło panią widzieć… – żywą- przerwałam. I w dobrej formie- dokończył. Znał moje perypetie z sepsą. Są na bieżąco informowani przez szpital w moim mieście, ten, który ostatnio ratował mi życie. Musiałam zdjąć własne rękawiczki, dostałam szpitalne i założyłam je po wcześniejszym umyciu i zdezynfekowaniu rąk. Na oddziale nieco się zmieniło. W gabinetach lekarze i pielęgniarki zostali oddzieleni parawanami z szyby czy pleksy. Oczywiście w zabiegowym nie uniknęliśmy bezpośredniego kontaktu. To niemożliwe, by skutecznie zbadać pacjenta i potem zaaplikować lek. Tyle jeśli chodzi o bezpieczeństwo. Czułam się w miarę spokojna. Tu byli tylko ludzie tacy jak ja. Wszyscy w paranoiczny sposób dbają o higienę, unikają kontaktu z innymi, bo (jak powiedziała w jednym z wywiadów pani J. Ochojska (też chorująca na raka), jesteśmy w grupie podwyższonego ryzyka. Wyniki badań (morfologia i biochemia) bardzo dobre! Praktycznie poza hemoglobiną i hematokrytem są w normie. Cieszy mnie nawet ta nieszczęsna hemoglobina. Ze szpitala po sepsie wypisali mnie z Hgb 8,8 , a teraz wzrosła do 10,2. To i tak sukces. Rozważano przecież nawet transfuzję krwi, a poradziłam sobie sama. Gdybym miała więcej czasu, dobrnęłabym do normy! Dostałam Daratumumab, Bortezomib i sterydy i tak podtruta wróciłam do samochodu. Miśka wynudziła się solidnie. W końcu dochodziła 16,00. Auto zaczęło bezsensowne protesty, ale postanowiłyśmy je nie słuchać. Zignorowałyśmy jakieś klekoty pod maską, podgłośniłyśmy radio i bezpiecznie dojechałyśmy do domu. Bogu dzięki!
A jako ciekawostkę dodam, że lekarze zasugerowali, że te moje ostatnie przejścia to mógł być koronawirus! Nie można wprawdzie stwierdzić, czy kogoś nie zaraziłam (co byłoby bezsprzecznym dowodem), bo niektórzy przechodzą infekcję w domu (mój mąż też był przeziębiony), inni bezobjawowo, jeszcze inni w ogóle się nie zarażają, więc to wielce możliwe. Nie miałabym nic przeciwko temu. Przynajmniej przestałabym się bać! Ja i moi domownicy.
Leave a Reply