Szpiczak jak Putin

Już parokrotnie siadałam przed komputerem, by napisać, co ze mną, co z moją chorobą, co z leczeniem. Rzeczywistość wciąż weryfikuje mój tekst i moje myśli. Sytuacja za wschodnią granicą uzmysławia mi, że są rzeczy ważniejsze, niż ubolewanie nad sobą.
Jak większość z was żyję w ciągłym napięciu. Czytam informacje, pomagam jak mogę uchodźcom i zupełnie nie mam czasu analizować własną sytuację. Od ostatniej wizyty u hematoonkologa nic się nie zmieniło. Zgodnie z ustaleniem obserwujemy budzącego się do życia szpiczaka i czekamy aż białko monoklonalne zwiększy niebezpiecznie swój poziom. Teraz to 1,8g/dl. Kolejną wizytę mam w kwietniu i do tego czasu staram się normalnie funkcjonować. Mam nadzieję, że podobnie jak Putin szpiczak przestanie w końcu się panoszyć, bo póki co jest nieproszonym agresorem i tylko jego porażka wchodzi w grę.
Zostaliśmy z mężem sami, bo wszystkie dzieci ostatecznie wyprowadziły się z domu, żyjąc własnym życiem i własnymi sprawami. Mamy za sobą 42 wspólnie przeżyte lata i wydaje się, że tak niedawno budowaliśmy dom i planowaliśmy przyszłość. Teraz moglibyśmy spokojnie żyć, jak na emerytów przystało, ale nigdy nie jest tak, jak by się chciało. Choroba skutecznie utrudnia i mąci radość życia. Nie chcę biadolić, bo to nie koniec świata. Inni mają znacznie gorzej, czego przykładem jest Ukraina. Ciągle jest w mojej głowie i w moich myślach. Trudno jest mi teraz pisać o sobie. Dam znać w kwietniu, co z leczeniem. Celuję w CART-T, choć to na razie marzenie. A może wymyślą coś jeszcze lepszego? Dlaczego nie.
Coraz trudniej udawać spokój
gdy niecierpliwość jak lawa
przeciska się każdym porem skóry
Drżą napięte mięśnie
w nadziei
że będzie dobrze
Rozum ostatkiem sił
panuje nad emocjami
Jeszcze zwycięża racjonalność i logika
Jeszcze…
Złość łamie kruchy kompromis
burzy ustalenia z rozsądkiem
Jak długo jeszcze?
Ile można?
Dlaczego?
Pytania bez odpowiedzi
zawieszone w próżni.
Leave a Reply