Jednak remisja!

Remisja! Jak to pięknie brzmi! Chyba się naprawdę doczekałam. Czytałam zwierzenia chorych na szpiczaka i zazdrościłam im tego stanu. U mnie jakoś wszystko było nie tak. Ciągle pod górkę. Nie dało się pobrać komórek macierzystych, więc i przeszczep był niemożliwy. Później coraz inna linia leczenia i remisji ani śladu. Już myślałam, że tak pozostanie i nadal będę przechodzić na kolejne linie, dopóki organizm się nie podda. W końcu ile tej chemii można w siebie władować. I nagle cud!
Po Daratumumabie, który zresztą także przestał działać, białko monoklonalne było na poziomie 1,3. Nie zgodziłam się na podanie Pomalidomidu, który mi zaproponowano i wygląda na to, że miałam rację. Organizm mi za to podziękował. Już od roku nie biorę nic. Białko wprawdzie nie zniknęło, nie dało się wyzerować, ale nie rośnie. I w moim przypadku to jest sukces. Przerwa w leczeniu pozwoliła na pełną regenerację. Morfologia i biochemia do pozazdroszczenia. Anemia, z którą walczyłam od wielu lat, zniknęła. Nerki i wątroba pracują bez zastrzeżeń. Nie biorę żadnych leków poza curkuminą i D-L Methadonem. Może właśnie tak należy robić. Dać organizmowi odetchnąć, nie truć go bez ustanku.
Wczoraj miałam konsultacje u mojego hematoonkologa. Przyznał, że jestem dziwnym przypadkiem. Pogratulował, życzył zdrowia i wyznaczył kolejną wizytę na styczeń. Wreszcie odetchnęłam pełną piersią. Tylko chorzy wiedzą, jak strasznie dusi się człowiek, żyjąc ze świadomością nowotworu. Stach przed jego atakiem zawsze tkwi gdzieś z tyłu głowy. Z tym lękiem trzeba jakoś nauczyć się żyć. Nie potrafię powiedzieć jak. Każdy musi znaleźć swój sposób. Ja panikuję zawsze przed wizytą u lekarza. To oczekiwanie na wyniki badań nie pozwala spokojnie spać i normalnie oddychać. Tak już będzie zawsze, aż do wynalezienia lekarstwa na tego dziada. Przed wyjazdem do lekarza funduję sobie tabletkę na sen, bo nie zmrużyłabym oka, a rano czeka mnie jazda samochodem, bo szpital jest o 100 km od mojego domu. Dla mnie oznacza to mdłości i ból głowy. Bez kolejnego lekarstwa na chorobę lokomocyjną nie wychodzę z domu. Nic to jednak, gdy człowiek słyszy tak pokrzepiające słowa. „Nadal odpoczywamy!Jest dobrze.”
Przyjęłam dwie szczepionki na Covid i czekam z niepokojem na trzecią, bo nie minęło jeszcze sześć miesięcy od ostatniej dawki. Nie pojmuję, jak można zrezygnować z takiej ochrony. Wiem, jak straszna musi być śmierć na to dziadostwo. Wiem, bo to przeżyłam. Od respiratora dzielił mnie tylko malutki kroczek. Jak ryba bez wody łapałam powietrze w nieczynne płuca, a oczy wychodziły mi z orbit. Panika, jaka temu towarzyszy jest nie do opisania. Jeśli szczepienie pozwoli mi drugi raz tego uniknąć, będę się szczepiła i dwadzieścia razy, jeśli będzie potrzeba. Cieszę się bardzo, że szpiczak śpi. Syn twierdzi, że remisja to zasługa wnuków. Pewnie to prawda. Czytałam gdzieś, że dziadkowie opiekujący się wnukami, żyją znacznie dłużej od tych, którzy tego nie robią. Nie ma czasu wtedy myśleć o chorobie, bo dzieci absorbują całą naszą uwagę. Jest po co żyć!
Trzymam mocno kciuki za wszystkich, którzy są jeszcze przed remisją i za tych, którzy tej remisji już się doczekali. Niech trwa!
Leave a Reply