Badania kliniczne, czyli o tym, jak zostałam królikiem doświadczalnym

Badania kliniczne, czyli o tym, jak zostałam królikiem doświadczalnym

Mój hematolog zaproponował mi udział w badaniach klinicznych! Trzeba próbować nowości. To szansa ( choć dosyć ryzykowna).

Muszę jednak spełnić pewne warunki, by się zakwalifikować! Zgoda na badania kliniczne niesie ze sobą falę szczegółowych badań ( rtg, TK. Morfologia, mocz, cytogenetyka szpiku itd.) Cieszę się, bo poznam stan swojego organizmu.

Wyniki badań do pozazdroszczenia. ( HGB-11,4, RBC-3,74, PLT-253, WBC-5,48) chemia kliniczna w normie. Białko całkowite -8,37, a monoklonalne: typu IgG kappa ( 2,10g/dl). W szpiku miałam rok temu 70% naciek plazmocytów, teraz to tylko 1 % ( norma 0,2-2%). Kości bez zmian. W badaniu cytogenetycznym nie stwierdzono fuzji genów FGFR3/IGH.

Zapytałam lekarza czy jest możliwe, że jestem zdrowa, ale tylko się uśmiechnął. Wygląda na to, że nie. Musiałam spróbować!

Zakwalifikowałam się do badań klinicznych i rozpoczynam kurację Melflufenem! Melflufen działa przez przyłączenie się do DNA szpiczaka i uszkadzanie go, co może hamować rozwój i namnażanie się nowotworu. Może, ale nie musi ( jak wszystkie leki w leczeniu tej choroby). Boję się trochę centralnego wkłucia ( wejście do dużej żyły w okolicy obojczyka). Wprawdzie dla kogoś, kto ma za sobą tyle mniej lub bardziej inwazyjnych badań, to przysłowiowa bułka z masłem. Po prostu boję się tego, co nowe i obce.

– Babciu, no co? Dasz radę!- mówi mój wnusio.

– Pewnie, że dam!

Przemiły pan doktor wszczepił mi port, czyli dojście centralne do żyły głównej. Pod skórą mam małą membranę do wkłuć, by nie niszczyć żył obwodowych. Powoli staję się robotem- drażni mnie ten obcy element w moim ciele. Zabieg był praktycznie bezbolesny, ale przy mojej klaustrofobii bardzo niekomfortowo czułam się na stole, gdy zasłonięto mi twarz i nie mogłam widzieć, co ze mną wyprawiają. Na szczęście pan doktor cały czas tłumaczył, czego się mogę spodziewać i uprzedzał swoje ruchy.

Dostałam wlew Melflufenu i Dexamethason. Organizm był dla mnie łaskawy. Trochę się zdziwił i rozedrgał, miałam mały epizod ucisku w klatce piersiowej, ale ogólnie nie jest źle. Niestety szew po wszczepieniu portu goi się bardzo wolno, to także wpływ chemii.

2 Responses

  1. Trzymam kciuki i życzę wszystkiegi, co najlepsze, a przede wszystkim oczywiście zdrowia:-) Mój kochany Tato chorował na to cholerstwo….

    • Dziękuję za słowa otuchy. Walczę dzielnie i staram się korzystać z uroków życia. Nie jest już tak, jak przed chorobą, ale jak nie ma alternatywy, trzeba brać,co daje los. Z pozdrowieniami!

Leave a Reply