Busem na wlew

Busem na wlew

Odkryłam uroki jazdy busem. Wiem, że to w mojej sytuacji trochę niebezpieczne. W końcu w tym tłumie podróżnych zawsze znajdzie się ktoś, kto rozsiewa wirusy, ale to mnie nie zniechęca. Nie sądziłam, że w dobie wszechobecnych osobowych samochodów, tak dużo ludzi jeździ busami.

We wtorki do Lublina bus jest najnormalniej w świecie przepełniony! Zajmuję zawsze siedzenie za kierowcą i niech się dzieje wola nieba. Szansa na to, że pasażerowie przejdą dalej jest znacznie większa, niż gdybym siedziała w środku czy na końcu busa. Mijają mnie uczniowie z wypchanymi plecakami, wyperfumowane do granic przyzwoitości panie czy tez wczorajsi panowie, na których oddechu można by powiesić siekierę. Czas mija szybko, także czasem nie zdąży mnie nawet zemdlić(zawsze cierpiałam na chorobę lokomocyjną), a już trzeba wysiadać na lubelskim PKP.

Jaki to właściwie urok jazdy udało mi się odkryć?

Ano taki, ze czuję się zupełnie samodzielna. Kocham tę moją nadopiekuńczą rodzinkę, ale zupełnie mnie ubezwłasnowolniła. Przywożą mnie i odwożą na zmianę do szpitala, czekają czasem po 12 godzin na szpitalnych korytarzach, zupełnie rezygnując z własnych potrzeb. A tak, nie mam wyrzutów sumienia, czuję się niemal, jakbym studiowała ( ileż to razy musiałam kursować na uczelnię). Nawet koczując na korytarzu, mogę teraz udawać, że czekam na ważny egzamin (oczywiście pozytywnie zaliczony). Wyskakuję w ciągu dnia do baru na pierogi i kawę, zupełnie jak za czasów studenckich, kryjąc się tym razem przed lekarzem, bo po rejestracji na izbie przyjęć nie wolno nam już wychodzić na zewnątrz. Jednym słowem szaleję na całego! Delektuję się swobodą i cieszę z pozornej niezależności, jakbym dopiero zdobyła dowód osobisty i ruszała w dorosłość. I nie ma znaczenia, że tak naprawdę wiszę nad przepaścią, gdy tymczasem rozstrzyga się moje hamletowskie być albo nie być.

Leave a Reply