Tango korytarzowe trwa

Pani też ma wlew w Wigilię? – pyta mój towarzysz niedoli, z którym systematycznie spotykam się na pobycie jednodniowym w szpitalu w Lublinie. Razem tkwimy na korytarzach Hemaonkologii, czekając jak zawsze na realizacje wtorkowych procedur. Dziś dzień wlewu Daratumumabu i zastrzyk z Bortezomibu. Całość solidnie rozciągnięta w czasie.
Najpierw rejestracja na izbie przyjęć na jedniodniowy pobyt, potem wywiad z pielęgniarką (zawsze ten sam, ale papierologia musi się zgadzać), oddanie krwi do badań i decyzja pani doktor, czy lek będzie dziś podany. Jeśli wzrosło CRP, nic z tego nie będzie, bo tli się gdzieś stan zapalny. Zlecenie do apteki, by mieszać specyfik i podłączenie do kroplówki popychanej pompą, by krople padały w ściśle określonym tempie. To ważne. Całość trwa cztery godziny. Przy dobrej organizacji wolna będę o 18,00. I tak w każdy wtorek. W piątek jest krócej, bo tylko zastrzyk. W dodatku czasem są wolne piątki, więc radość nie zna granic! Jak niewiele trzeba do euforii.
Oszczędzamy czas
Dostałam rozpiskę leczenia aż do maja. Okazuje się się, że najgorsze są dwa pierwsze miesiące. Potem jest nawet raz w miesiącu, ale nie wybiegajmy zbytnio w przyszłość, bo z naszych planów kpią tam na górze, więc nie dostarczajmy im powodów do niezdrowej radości.
Dziś przyjechałam busem. Wystarczy tego marnowania czasu. Grzesiek przyjedzie po mnie wieczorem, dzięki temu nie musi brać wolnego dnia w pracy. Tu i tak mi w niczym nie pomoże, a bezsensowne siedzenie na korytarzu tylko dołuje. Ludzi tłum, jak to we wtorek. Wszystkie krzesła zajęte. Łatwo rozpoznać, kto chory, bo jak sztandar dzierży w ręce butelkę niegazowanej wody mineralnej. To po to, by chronić nerki. Dziś i jutro dzień sterydów (Dexamethasone 20mg), trzeba się nawadniać.
A sprawy mają się tak
– Pani Barbaro, bardzo proszę – to głos mojej pani doktor. Zna nas z imienia i nazwiska. To miłe, człowiek od razu czuje się odpowiednio (modne ostatnio słowo ) zaopiekowany. – Zbadam panią.
Znów procedury; wywiad, ważenie, osłuchanie płuc, obejrzenie gardła, temperatura, ciśnienie… Rutyna. Żeby się leczyć, trzeba mieć dobrą kondycję. Paradoks onkologicznych terapii. Nikt nie poda chemii, jeśli organizm szwankuje. To nie witaminy. Przyszły wyniki białka monoklonalnego. Startuję z poziomu 1,31g/dl. Za dwa miesiące porównanie, czy drgnęło i czy kuracja przynosi rezultaty. Wyniki biochemii i morfologii rewelacyjne! Wszystko w normie. Nawet hemoglobina-12.8g/dl i hematokryt-38,1%. WBC-5,35K/ul, RBC- 4,13 M/ul. Szaleństwo. Nie pamiętam, kiedy już to przechodziłam. Do 105K/ul spadły jedynie płytki krwi. To wpływ chemii, ale teraz mam przerwę w Bortezomibie, więc może skoczą. Pamiętam czas, gdy płytek miałam mniej niż 41 i przeżyłam. Nie martwię się tym. Wierzę, że na wyniki mają swój zbawienny wpływ pite systematycznie zielone i czerwone drinki. Seler i burak robią swoje. A już na pewno nie szkodzą. No i oczywiście codzienne spacery po okolicy. Dotleniają i zwiększają pojemność płuc, a to ważne w mojej sytuacji.
Dawno tu nie zaglądałam. Przyznam, że trochę się bałam. Tata wciąż przed leczeniem ( też choruje na szpiczaka – na razie postać bezobjawowa) i chyba nie chciałam stresować się ewentualnymi złymi wiadomościami. Być może to media tak działają na mózg, że człowiek boi się obejrzeć wiadomości i otworzyć gazety, a nawet odwiedzić bloga! 🙂 W każdym razie po przeczytaniu ostatnich postów mam uśmiech od ucha do ucha! Cieszę się, że jest Pani w formie! Niech to trwa i trwa i trwa! Pozdrawiam serdecznie!
Dziękuję za miłe słowa. Nigdy się nie poddam, bo życie zbyt piękne! A coraz bardziej przekonuję się, że z tym gadem można żyć.