Precz z samotnością

Precz z samotnością

Na wczorajszym spacerze zrobiłam kolejne zdjęcie. Piszę kolejne, bo nigdy nie ruszam się bez komórki , by pstryknąć coś na Instagram. Najciekawsze zdjęcia wychodzą wtedy, gdy się tego zupełnie nie spodziewamy. Tym razem było podobnie.

Ot, w przydrożnym rowie dostrzegłam cudny żółtopomarańczowy kwiat. Wyraźnie rzucał się w oczy, bo znacząco wyróżniał się z całej masy pospolitych polnych kwiatów. Ten był ogrodowy. Często widzę takie w sąsiedzkich ogródkach. Specjalnie sadzone, podlewane, pielęgnowane zdobią przydomowe przestrzenie. Nie wiem, skąd wziął się w tym rowie, ale był tam, rósł i wydawał się taki inny, obcy, jakby nie na swoim miejscu. Samotny w tłumie innych kwiatów.

Cienie samotności

Samotność, na szczęście, znam jedynie z relacji innych. Od razu skojarzyłam to z panią Marią. Wyjątkowo szykowna, zadbana, taktowna towarzyszka niedoli. Obie walczymy z tym samym gadem. Pani Maria ma 80 lat i ogromny apetyt na życie. Już chyba kiedyś o niej wspominałam. Nasze życie teraz wygląda bardzo podobnie. Obie w kalendarz wpisane mamy częste wizyty u lekarza. Jest jednak między nami pewna różnica. Ona swą walkę toczy samotnie, bez rodziny i wsparcia. Robimy, co możemy, by ułatwić jej codzienne życie. Co wtorek Grzesiek rano zawozi ją na przystanek, by mogła pojechać na cotygodniową wizytę do lekarza. Wcześniej jeździliśmy razem samochodem, ale odkąd nie jestem już w badaniach klinicznych, nie jesteśmy przyjmowane przez lekarza w tym samym terminie. Często dzwonię do niej, by mieć pewność, że czuje się dobrze i , że nie wymaga pomocy. Wpadam w panikę, gdy nie odbiera telefonu. Nie chcę nawet sobie wyobrażać, jak musi jej być ciężko. Sama z tą niepewnością jutra; samotność i ból, który towarzyszy chorobie i znikąd pomocy, troski drugiego człowieka, zwykłego towarzystwa i banału, że będzie dobrze.

Sam ze sobą na sam

Dziś zostałam sama, bo Miśka wyjechała na wczasy, a Grzesiek na branżowe spotkanie, które zakończy się dopiero jutro. Przede mną jeden dzień i jedna noc w samotności. Tylko jeden dzień i jedna noc, a ja czuję dziwny niepokój. Całkowicie przepadło gdzieś moje poczucie bezpieczeństwa. Tak to jest, gdy człowiek żyje pod kloszem, gdy na co dzień dosłownie rozpieszczany jest i otaczany ciągłą troską najbliższych. Nagle (tylko na króciutką chwilkę) zabrano mi to, a ja panikuję. To chore! Uzmysłowiłam sobie, że nie doceniam, tego, co mam. Nie zdaję sobie sprawy, jaką jestem szczęściarą. To nie ja wymyśliłam, że „człowiekowi do życia potrzebny jest przede wszystkim drugi człowiek”, ale mogę stwierdzić, że to szczera prawda. Nie wyobrażam sobie, że mogłoby być inaczej.

2 Responses

Leave a Reply