Triduum szpitalne

Triduum szpitalne

Rano budzi mnie skrzypienie drzwi do sali. Nie otwieram oczu. Czuję przy czole lekkie drżenie powietrza. Pielęgniarka mierzy temperaturę. – Był stolec? – pada sztandarowe pytanie. – Był, a jakże. Co za szczęście! A inni martwią się krachem na giełdzie czy zdradą partnera. – Ważyła się pani? – Nie, ale zaraz to zrobię.

Z trudem uwalniam nogi spod wiecznie splątanej pościeli (koc w poszewce jest zbyt szeroki, by ładnie się układał). Staję na wadze. Wolę nie wyobrażać sobie, jak wyglądam. Pewnie moich siedem przetłuszczonych po nocy włosów stoi w pięciu rzędach i zastanawia się, jaką pozę przybrać na dzisiejszy dzień. 66,4kg. Nieźle! Odbiłam od dna. Skrzypnięcie drzwi. Cisza. Już się nie kładę.

Nad lewym okiem pulsuje zbuntowany punkt. Codziennie daje o sobie znać. – A pulsuj! Zaraz załatwię cię kawą! Tak. Kawę piję nawet w szpitalu. Jedna z niewielu przyjemności, jakie tu mam. Lekarz pozwolił, W łazience poranna toaleta. Dziś na szczęście nie ma zbiórki moczu, więc z nonszalancją rozsiadam się na sedesie. Potem szybki prysznic, tonik, krem… – Dzień dobry – mówię do sąsiadki spod ściany. – Ruszamy do boju!

***

Słychać kaszel za ścianą. To pan Emil po przeszczepie nabawił się przeziębienia(byle nie zapalenia płuc) i czasem budzi nas salwami kaszlu. To pewnie ta wentylacja. Ciekawe, czy systematycznie czyszczona. Oczami wyobraźni (a wyobraźnię mam całkiem bogatą) widzę te wszystkie robaczki, roztocza,drożdżaki, pleśniaki i inne mikroby, jak z powiewem wentylatora pędzą spod kratki wprost do naszych wysuszonych śluzówek nosów i gardeł. A tu leukocyty śpią. Armia przetrzebiona (żeby nie powiedzieć żadna). Nie ma kto bronić wystawionych na atak oskrzeli i płuc. Maseczka nie zawsze tkwi na nosie, tworząc jako taką barierę dla wroga. I infekcja gotowa! Łatwo tu o nią, choć wszyscy bardzo dbają o sterylną wręcz higienę. No to mamy nowy dzień, kolejny z wielu. Walczymy dalej!

***

– No jasne! Panie znowu jedzą!- zażartował doktor, wchodząc do sali. Rzeczywiście ostatnio jego wizyty zbiegają się z naszymi posiłkami. – Jak samopoczucie? – O, widzę, że całkiem nieźle. Oczy radosne, twarz rozjaśniona, kondycja wraca do normy – mówi, a my od razu żwawsze i zdrowsze. Jak niewiele trzeba?!

Wystarczy odrobina życzliwości, trochę szczerego zainteresowania, uśmiechu! To nic, że skóra wysuszona, że cienie pod oczami, że spuchnięte od sterydów policzki. Lekarz powiedział, że wyglądamy zdrowo i od razu zdrowo się czujemy. Wierzę mu bezwarunkowo, bo wierzyć chcę i muszę. Dobry humor na resztę dnia gwarantowany. A i sił więcej i nowy zapał do walki.

Gorzej gdy…. – Dzwoniła pani? A, kroplówka. Wiem, wiem… ale nie pani jedna. Na oddziale wiele takich. Wszyscy chcą natychmiast! Przecież się nie rozdwoję… Słucham pokornie, ale ciśnienie rośnie. Nie to, że wpadam w rozpacz, ale jakoś przykro. No bo ile mogę siedzieć podłączona do stojaka z pustym woreczkiem?

Wiem, że się nie pali, że się nigdzie nie wybieram, że mogę z tym i na korytarz i do łazienki… że siąść i położyć się mogę… i muzyki posłuchać, film obejrzeć, przez telefon pogwarzyć…ale wolę bez niej! I wolę, gdy słyszę: – Głowa do góry! To transplantacja. Tu są sami zdrowi. Pani też jest zdrowa, skoro do nas trafiła. Chorych i w złej kondycji nie przyjmujemy! No i rzeczywiście. Przecież muszę być w formie, skoro zaczynam procedurę przeszczepu. Można? Można. I świat staje się piękniejszy i ludzie jakby lepsi. Chce się żyć.

Leave a Reply