Powiało optymizmem

Nareszcie pomyślne wieści. Mój szpik jest czysty!!! Już w poprzednich badaniach otrzymałam taką wiadomość, ale tym razem mam potwierdzenie. „W szpiku stwierdzono obecność ok. 0,20% plazmocytów monoklonalnych (norma:0,2- 2%)”- napisał diagnosta laboratoryjny Pracowni Cytometrii Przepływowej i Hemostazy – i ja mu wierzę!
Ale teraz najważniejsze. Od dwóch miesięcy nie biorę chemii ani sterydów, a poziom białka monoklonalnego spada. Wiecie co to znaczy? To znaczy, że działa mój niemiecki lek. Metadon bowiem biorę cały czas. Mało tego, po wizycie u doktora Jakubka w Berlinie podniosłam dawkę o jedną kroplę (znów zaczęło mnie lekko mdlić), ale białko z 0,68g/dl spadło na 0,63g/dl. Działa! Słowo daję, działa! Miałam ostatnio pewne wątpliwości, ale teraz nic mnie nie przekona, że jest inaczej. Powiedziałam o tym lekarzowi. Wyśmiał mnie. Twierdzi, że to jest taki spadek po chemii, że niby białko spada siłą rozpędu. Jasne! Strasznie pędziło. Od trzech lat usiłuję zbić je do zera, a startowałam zaledwie z pozycji trójki. Ludzie mają białko rzędu kilkunastu jednostek, a ja męczę się z tą trójką i w żółwim tempie czołgam się do wymarzonego celu. Już raz, zaraz po drugiej linii leczenia, miałam zrobioną przerwę w chemioterapii i białko momentalnie poszybowało w górę. Teraz jest i będzie inaczej. Wiem to. Podniosę Metadon do 35 kropel (czyli jeszcze o jedną więcej) i zabiję tego dziada na pniu. Przepraszam za język, chyba nie wypada byłej polonistce używać takich zwrotów. Ale skoro jemu wolno panoszyć się bez pozwolenia w moim ciele, to niech mnie wolno będzie trochę go powyzywać.
Co dalej?
Na dobrą sprawę mogłabym uznać ten stan rzeczy, obserwować białko i żyć spokojnie, udając, że jestem zdrowa. Niestety to niemożliwe. Szpiczak to chytry gad. Nawet jeśli odpuszcza to chwilowo. Wcześniej czy później wróci. I na taką właśnie chwilę trzeba być przygotowanym. W moim przypadku chodzi o komórki macierzyste, które zamrożone czekać będą na przeszczep. Oczywiście gdy będzie potrzebny. Czeka mnie więc trzytygodniowy pobyt w szpitalu na pobranie komórek. Nikt nie wie, czy po terapii Melflufenem, jaką przeszłam w badaniach klinicznych, mój szpik wyprodukuje te komórki, ale spróbować trzeba. Nie mam wyjścia. Zgodziłam się na ten zabieg i w piątek staję przed komisją kwalifikacyjną do przeszczepu, a właściwie do jej pierwszego etapu. Gdybym miała gwarancję, że Metadon poradzi sobie na stałe z białkiem, nie zawracałabym sobie tym głowy. Takiej gwarancji nikt mi jednak nie da, więc na wszelki wypadek (jako że przezorny zawsze ubezpieczony) pójdę do szpitala na pobranie komórek macierzystych. Niech się dzieje, co ma być!
Leave a Reply