Trudne złego początki

Wiem, jak może się czuć człowiek otrzymujący wyrok śmierci. Dostałam go, choć w moim mniemaniu zupełnie na to nie zasłużyłam ( przynajmniej zgodnie z obowiązującym ziemskim prawem). Tylu prawdziwym złoczyńcom wszystko uchodzi płazem, a mnie los potraktował wyjątkowo surowo.
Nie to, że boję się umrzeć, ale mimo wszystko wolę, żeby mnie nie było, kiedy to się zdarzy
– Woody Allen
W styczniu 2017 r. dostałam diagnozę. Moja wieloletnia anemia to jeden z objawów nowotworu. To było jak obuchem w łeb! Od lat miałam anemię. Nie jakąś tragiczną, nie jednocyfrową ( kto ma anemię, wie o czym mówię). Szukałam przyczyny u różnych specjalistów, zrobiłam gastroskopię i kolonoskopię, by wykluczyć zaburzenia wchłaniania… i nic… śluzówka jak u niemowlaka. Hematolog z uporem maniaka wciąż pobudzał mój metabolizm, a anemia nadal miała się dobrze. Dopiero wizyta u innego hematologa spowodowała przełom. Pani skierowała mnie na badanie białka w surowicy krwi .Wyszło wysokie ( 10,4) i pik białka monoklonalnego. To wystarczyło! Wizyta w szpitalu na rozszerzoną diagnostykę, RTG, tomografia…( ocena immunofenotypowa i cytologiczna szpiku -promieni przyjęłam tyle, że chyba świeciłam w nocy) i diagnoza: Szpiczak plazmocytowy IgG kappa. ( na szczęście bez zmian nowotworowych w kościach). Białko M IgGK 3,01.
Nie chcę wracać do tych emocji, jakie towarzyszyły nam ( bo nigdy nie byłam z tym sama, zawsze był przy mnie mąż i cała moja rodzinka). Do momentu diagnozy jeszcze się łudziliśmy, jeszcze była nadzieja…
Tygodniowy pobyt w szpitalu rozpoczął kurację
( Velcade i Endoxan w kroplówce i sterydy). Napatrzyłam się na ludzkie niedole. Fizycznie czułam się świetnie, wyjątkowo dobrze znosiłam wlewy. Dzieci obłożyły mnie książkami, Grzesiek przyniósł laptop z filmikami wnuków. Monika nagrała filmy. Koleżanki z pracy bombardowały mnie SMS-ami. A ja tak bardzo chciałam do domu! Psychicznie odleciałam. Zabroniłam odwiedzin, bo wyłam jak bóbr. Trzymałam się dobrze, dopóki ktoś się nie pojawiał. Jak dziecko! Wtedy, w ostatnim dniu pobytu spotkałam anioła! Na zastępstwo przyszedł lekarz z oddziału przeszczepów. Dr Adam. On pierwszy poświęcił mi czas bez przymusu. Nigdzie nie pędził. Rozmawiał, patrząc mi w oczy, odpowiadał na pytania, mówił ciepłym, spokojnym tonem. Dopytywał, czy coś jeszcze mnie niepokoi ( niestety na tamtym etapie nie bardzo wiedziałam jeszcze, o co mam pytać). Dał mi nadzieję, wyciszył rozkołatane nerwy.
Wyjazdy do Lublina
Po tygodniowym pobycie zaczęły się wyjazdy do Lublina na jednodniowe pobyty dwa razy w tygodniu. Uciążliwe, bo Grzesiek musiał organizować sobie wolne we wtorki i piątki. Czekało się na badania i wlewy do popołudnia i powrót do domu. To był ( pomijając uciążliwość dojazdów) całkiem przyjemny czas kuracji. Na korytarzu zawierało się znajomości, wysłuchiwało zwierzeń chorych ( szpiczaki albo białaczki… tylko choroby krwi), porównywało dolegliwości, wysłuchiwało gorszych i lepszych rad. Jeszcze wtedy w przeszczepie widziałam szansę na całkowite ( czasowe) zaleczenie mojego nieproszonego gościa. Nikt mi nie powiedział, że po przeszczepie niektórzy mają wznowę już po kilku miesiącach. Oczywiście są szczęśliwcy, którzy mają spokój na parę czy paręnaście lat, ale przy moim pechu…
Moje białko zaczęło spadać ( czyli reagowałam na leki). Po 4 cyklach spadło do 1,73. Już mnie przygotowywano do przeszczepu tandemowego ( to dla pacjentów z ciągle obecnym białkiem monoklonalnym, taki podwójny przeszczep w około półrocznej odległości): przeszłam rozmowy z koordynatorem, psychologiem, prześwietlono mi szczękę ( nie może być stanów zapalnych, kardiolog zbadał serce i stanęłam przed komisją! Ta nie wyraziła zgody, bo poziom białka był za wysoki. Zaproponowano mi alternatywne leczenie. Terapia ambulatoryjna!( Revlimid i sterydy). Łykałam tabletki, siedziałam w domu i raz w miesiącu miałam konsultację z prowadzącym hematologiem.
Basienko, dzisiaj mogę już wracać do tamtych dni w miarę spokojnie.. Wiadomość o Twojej chorobie, świat jakby się zatrzymał. Pamiętam ten paraliżujacy, rozlewajacy się gdzieś z głębi brzucha strach! Oblepiajacy stopniowo serce i głowę tak, że nie byłam w stanie powiedzieć ani słowa. Potem pytanie: dlaczego właśnie Ty, najbardziej życzliwa całemu światu, wręcz niepoprawna optymistka…Dzisiaj już wiem, że dasz radę, że swoją niespozyta siła i energią (naprawdę nie wiem jak Ty to robisz) będziesz wsparciem dla innych kobiet! Pisz, pisz i jeszcze raz pisz.. A ja będę towarzyszyć w Twojej drodze. ? ?
No i się wzruszyłam! Nie wiem, czy Ci to mówiłam, ale jesteś dla mnie bardzo ważna. Podbudowujesz mnie nad wyraz skutecznie. Jeśli zbyt długo milczysz ( mówię to bez cienia pretensji) czytam dawne SMS-y. Wyciszają i sprowadzają na ziemię. A pytanie ” Dlaczego ja?” ciągle pozostaje bez odpowiedzi. Grzesiek stwierdził, że pokutuję za całą naszą rodzinę. Więc go pytam: Dlaczego tak grzeszyli?